Dobre pytanie: co to będzie? Dzisiejsze Kuchenne Rewolucje rozegrały się bowiem w miejscu, które ma wszelkie warunki do tego, by być idealne i znane na całą Polskę. Dlaczego zatem tak się nie stało? Nad tym zastanowimy się później. Najpierw zrekonstruujmy wydarzenia.
Miejsce
Położenie Willi Toskania jest, niestety, dość nieciekawe. Hotel i restauracja znajdują się bowiem w okolicach Pszczewa, w województwie lubuskim. Kompleks schowany jest dość głęboko w lesie, a przy drodze nie ma żadnego oznakowania, które przyciągnęłoby uwagę głodnych, bądź spragnionych prawdziwego włoskiego smaku, podróżnych. Nie wiedzą nawet, ile tracą. Odpowiedzialnymi za to wydają się być sześćdziesięcioletni Włoch Gustavo – współwłaściciel oraz czterdziestodwuletnia prezes firmy – Bogusia. O ile Włocha prawie w ogóle nie ma, o tyle Bogusia jest, ale woli mówić, niż robić. Zapytana o zajmowane stanowisko, mruczy pod nosem coś o funkcji menadżera, ale tak naprawdę nie podejmuje się wykonywania zadań, jakie niesie ze sobą to stanowisko. Krótko mówiąc: prawdziwego menadżera brak. Z kolei właściciel – Gustavo – ewidentnie się wypalił. Po latach pracy stracił serce do tego miejsca i zdecydowanie wolałby, żeby interes prowadził się sam. Na pytanie, czy chciałby stać u progu i witać gości, jak dziesięć lat temu, szczerze odpowiedział „nie”. On już swoje zrobił – założył, zapewne w części sfinansował, nauczył kucharzy gotować (co wyszło mu świetnie) i zatrudnił do pomocy Bogusię. Z Magdą Gessler przywitał się dopiero w trzecim dniu, gdyż wcześniej był z dala od Pszczewa. Ciężko mu jednak wyrzucać brak zainteresowania własnym biznesem. Raz – to jego sprawa, czy będzie miał pieniądze czy nie, a dwa – wydawał się być sympatyczny, ale po prostu zmęczony.
Serce się kraje
Makaron się gotuje, bazylia sieka, a serce kraje, gdy człowiek na to patrzy. W kuchni króluje trzydziestoletni szef kuchni – Łukasz – z Willą Toskania związany od lat dziesięciu. Widać, że oddał się jej całym sobą. Zamiast uciekać z tonącego statku, zostaje aż do końca, jak prawdziwy kapitan. Potrawy spod jego ręki smakują idealnie. Sama Magda Gessler pochwaliła go niezliczoną ilość razy. W kuchni panuje profesjonalizm, spokój i cisza. Podobną ciszę, a niestety także kompletną pustkę, da się zauważyć na zewnątrz restauracji. Stoją tam liczne, zapomniane już budynki: kiedyś przynosząca chlubę, a dziś pozamykana na cztery spusty stajnia, murowana dobudówka, na którą zabrakło pomysłu lub pieniędzy i zarośnięty chwastami kort tenisowy. Zupełnie, jak na opuszczonych osiedlach Czarnobyla. Tyle że tu nie występuje żadne promieniowanie, a wewnątrz budynków nadal są ludzie. Jest w nich potencjał i nadzieja. Brak tylko przewodnika, który wskazałby drogę.
Po nitce do kłębka
Co może zaproponować Magda Gessler, gdy kuchnia wcale nie wymaga zmian? Otóż może lekko podreperować wnętrze, trochę zmodyfikować mocno włoskie menu pod polskie kubki smakowe, zasugerować zatrudnienie menadżera z prawdziwego zdarzenia oraz poradzić rozreklamowanie restauracji. Poza takimi wskazówkami nie jest w stanie zrobić nic innego. W końcu to Kuchenne Rewolucje, a kuchnia – jak już wspomnieliśmy nie raz – jest jak najbardziej w porządku.
Szła zatem Magda Gessler po nitce do kłębka, ale kłębek okazał się w złym kolorze. Jedzenie pozostało pyszne (trudno się dziwić), reklam nadal brak, Willi Toskania z drogi nie widać, a pani menadżer dopiero uczy się swego zawodu. Cóż… nikogo nie można zmuszać. W końcu to nie jej pieniądze przelatują przez palce. Szkoda tylko kucharzy, a w szczególności Łukasza. Prawdopodobnie niedługo przyjdzie mu zapłacić za tę miłość i oddanie konającej restauracji. Oby znalazł sobie równie ładne, ale bardziej żywe, miejsce.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze