Północ Polski, morskie rejony, a konkretnie Puck - miejsce tuż przy ruchliwej drodze na Hel. To właśnie tam, dawno, dawno temu, swą restaurację wybudował ojciec Przemka. Siedem lat temu zrezygnował jednak z bycia właścicielem, przekazując pałeczkę 37letniemu synowi i jego 33letniej żonie Magdzie. Z pomocą przyjaciół para urządziła lokal w afrykańskich klimatach, umieszczając na ścianach egzotyczne malowidła oraz drewniane maski. Południowy klimat nie przeniósł się jednak na menu, które było neutralne - trochę stąd, trochę stamtąd. Krótko mówiąc: działano tak, żeby zadowolić każdego. I zdawałoby się, że założenie jest dobre, gdyż przez pierwsze 3-4 lata rządów Przemka "Paradis" przynosił zyski i cieszył się liczna klientelą. Niestety, po tym czasie, jak za sprawą magicznej różdżki, los właścicieli się odmienił, a ich lokal zaczął straszyć pustkami. Choć bardzo się starali, nie potrafili znaleźć przyczyny. Pytali klientów o smak potraw, o wystrój, o obsługę. Wszystko wydawało się być "z grubsza" dobrze. I może właśnie to "z grubsza" ich zgubiło. Chcąc zadowolić każdego, zagubili klimat lokalu. Z niszowej, ale dobrej jakościowo restauracji, stali się przeciętni, szarzy, niegodni zapamiętania. I choć wtedy jeszcze sobie tego nie uświadomili, zrobili pierwszy krok w dobrą stronę i zatelefonowali do Magdy Gessler.
Tym razem Magda Gessler pojawiła się w Pucku na bogato, spektakularnie, dolatując własnym helikopterem. Po tej miłej i zapewne komfortowej podróży, musiała jednak "zejść na ziemię" - w obu tego zwrotu znaczeniach. Przekraczając próg "Paradisu" zastała bowiem: brak klimatyzacji, nieotwierające się okna bez lufcików, złe dekoracje, potrawy w menu "jak u wszystkich", kartę do wywalenia do kosza, "czekadełko", czyli śledzia, który miał potencjał, by uratować restaurację, ale ostatecznie nie wyszło, brud w kuchni, niedoświadczonego kucharza oraz wiele, wiele innych mankamentów, których aż szkoda wymieniać. Wygłaszając swe uwagi, spotkała się z wielkim zaskoczeniem, a wręcz oburzeniem ze strony właścicieli. Duszno? Jak to? Brudno? Nie, nie u nas. Złe jedzenie? Nigdy! W pewnym momencie zastanawiałam się nawet, po co dzwonili po Magdę Gessler wiedząc, jaka ona jest. W końcu musieli jednak przystopować, gdyż prowadząca się obraziła i opuściła lokal. Wypadało zadzwonić, schować dumę w buty i przeprosić. Dzięki temu mogli m.in. popatrzeć na Magdę Gessler machającą siekierą, pouczyć się prawdziwego gotowania, no i - co najważniejsze - przeżyć rewolucję "Paradisu", który stał się "Beką", czyli beczką pełną ryb różnych rodzajów. W tym czasie ze ścian ściągnięto również wszystkie afrykańskie motywy, a ściany przemalowano na szaro-czerwono. I tak, ta rewolucja była zdecydowanie udana, jeśli chodzi o aspekt wizualny. Nie udało się jednak przewietrzyć sal, o co bardzo walczyła prowadząca. Nawet po powrocie sprawa felernych lufcików nie została jeszcze załatwiona. Jeśli więc wybieracie się na śledzika w occie, lub inną pyszną rybkę, do Pucka, koniecznie rzućcie okiem na okna. Czy do czasu waszego przyjazdu rewolucja dokona się w stu procentach? Czy te nieszczęsne lufciki wreszcie się pojawią, a Magda Gessler znów będzie mogła spać spokojnie?! Cóż, musicie to sprawdzić sami.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze