Pobliże Lublina, mała miejscowość Lubartów. To tu cztery lata temu restaurację „Ognisty smok” otworzyło małżeństwo Iwona i Michał. Pieniądze na jej prowadzenie wzięli ze ślubu, a decyzja była wspólna, choć – jak podkreśliła Iwona – kuchnia orientalna i prowadzenie takiego lokalu było pasją jej męża. Ponieważ żadne z małżonków nie miało doświadczenia, a brak innych orientalnych knajpek w okolicy sprzyjał ich planom, zatrudnili wietnamskiego kucharza Nama. Od tej pory wszystko poszłoby idealnie, gdyby... dało się z nim dogadać. Albo w ogóle porozmawiać, skomunikować, złapać kontakt.
Nam nie tylko nie znał języka polskiego – angielskiego prawdopodobnie też nie – ale także ignorował gestykulacyjne prośby o zmniejszenie ostrości potraw. W związku z tym klienci często narzekali, opuszczali lokal niezadowoleni, a potem nie wracali. Z czasem okazało się, że kucharz i tak nie gotował po wietnamsku, ale polsko-wietnamsku, starając się schlebić gustom Polaków i przeszczepiając na lubartowski grunt potrawy z Warszawy, gdzie pracował wcześniej. Na tę trudną sytuację radą miało być wprowadzenie do karty fast-foodu, czyli frytek, kababu, kurczaków, ale i to niewiele dało. „Ognisty smok” nie przynosił oczekiwanego zysku. Jak trafnie powiedział Michał, zarabiali „za mało, żeby żyć, za dużo, że umrzeć”.
Po przyjeździe Magdy Gessler nie było tak źle, jak być mogło. Ani też tak źle, jak było do tej pory. Ponarzekała co prawda na brak orientu w oriencie, brak sprzętów odpowiednich dla wschodniej kuchni i brak podstawowych orientalnych surowców, ale wszystko to było łatwe do zmiany. Kucharza nie trzeba było uczyć fachu, nie trzeba z nim było walczyć – Gessler musiała za to zatrudnić na czas prowadzenia negocjacji tłumacza, bo inaczej by się nie obeszło. Nie trzeba było również zmieniać nastawienia właścicieli ani temperować ich nosów. Wystarczyło... dać szansę Namowi wykazać się tak na prawdę i w stu procentach, opuszczając kuchnię i nie wchodząc mu w drogę.
W toku rewolucji niezbyt przyciągająca i przypominająca tandetny salonik z tatuażami i piercingiem nazwa „Ognisty smok” została zastąpiona przez „Phuc”, czyli fortunę. Nad wnętrzami trochę popracowano, fast-foodową deskę ratunku z karty wyrzucono, a pseudoorientalną kuchnię odrzucono na rzecz prawdziwej wietnamskiej rozkoszy. Podczas kolacji powitalnej było cudownie, a po powrocie Gessler jeszcze lepiej. Sezon zakończył się pozytywnie i ze wschodnim przytupem. Z niecierpliwością czekamy na kolejny!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze