Magda Gessler przedstawia świnię rybie

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji "Świnka i Rybka" w Redzie.
W dziesiątym odcinku Kuchennych Rewolucji Magda Gessler naprawiała restaurację i... rodzinę.

Rodzinne tragedie są na topie. Jeśli chcesz dostać bilet do You Can Dance – wspomnij o trudnym dzieciństwie. Jeśli chcesz zostać top model – nie zapomnij, że pochodzisz z małego miasteczka i trudno ci się odnaleźć w wielkim świecie. Jeśli myślisz o wygranej w Mam Talent – na casting najlepiej wyślij swoje śpiewające dziecko. A jeśli chcesz, żeby Magda Gessler do naprawy wybrała właśnie twoją restaurację – skłóć się z rodziną do ostatniej kropli krwi i ostatniego grosza we wspólnym budżecie.

Dziesiąty odcinek jedenastego sezonu Kuchennych Rewolucji przeniósł nas do Redy, małej miejscowości położonej nieopodal morza. Tam bowiem restaurację swą, o dzikiej nazwie „Dzikie wino”, prowadziła... w zasadzie cała rodzina, czyli ojciec Stanisław, dwójka jego dawno dorosłych już dzieci: Marcin i Asia, partnerka Stanisława – Maria oraz pani menadżer, głównie od organizowania imprez. Udziałowcami była wyłącznie pierwsza trójka, zarządzali jednak wszyscy. A jak wiadomo, kiedy zarządzając wszyscy, nie zarządza nikt.

Pomysł na otwarciem restauracji wyszedł od Marcina i Asi, którym pomagać miała obeznana w gastronomii mama. Niestety, los potoczył się inaczej niż planowali, a mama umarła w trakcie budowy lokalu. Takim sposobem trójka zielonych i opłakujących śmierć najbliższego członka rodziny osób została z interesem, do którego już na wstępie straciła serce. Nadzieja umarła, zostały długi.

Odwrotnie proporcjonalnie do wzrastających długów malała klientela lokalu. Stanisław twierdził, że pojedynczy goście na nic nie narzekali, ale żeby wracać – cóż, to się nie zdarzało. Jedynym więc dochodem były imprezy, znowu nie tak częste. „Dzikie wino”, pozostawione samemu sobie, dziczało. A wraz z nimi dziczały, czy też dziwaczały, stosunki w ekipie pracowników. Tu ktoś nie dawał rady, tu ktoś nie otrzymał pieniędzy, tu się jedni zwalniali, tam drugim grożono, że jeśli się zwolnią, nie dostaną zaległości. I czas leciał, wolno, smutno, interes chylił się ku dołowi.

Przynajmniej do czasu, gdy w progach restauracji zjawiła się Magda Gessler, dając promyk nadziei na rozwiązanie problemu. Właścicieli powitała słowami: czemu tak „pachnie klopem. Sztucznym dezodorantem do toalety”, ale na pewno nie jedzeniem. I rzeczywiście, okazało się, że to menedżerka zarządziła wypsikanie lokalu, za co jako pierwsza oberwała. Chwilę później zaś oberwali kolejni nieszczęśnicy: przepracowany szef kuchni, ba!, jedyny kucharz w lokalu – Jacek, bo źle gotował, Maria – bo nie jest rodziną (partnerka ojca to nie rodzina? hmm, ktoś tu nie jest nowoczesny) i rzekomo się wtrąca, Stanisław – bo skąpi i nie płaci pracownikom (największy dług dla kelnera, aż 16 tysięcy złotych!), rodzeństwo – bo daje sobą rządzić... no, w zasadzie wszyscy po kolei. Gessler odkryła intrygę na intrydze, a wszystko to doprawione intrygą. Smaczny zestaw!

Rewolucja przebiegła jednak całkiem sprawnie. „Dzikie wino” stało się „Świnką i rybką” – lokalem o świeżej i nowoczesnej nazwie, pasującej bardziej do baru, niestety niesklejającym się z nowym wystrojem: starodawnym, pełnym przepychu, zwłaszcza jeśli chodzi o kwiaty, zbyt „ciotkowatym”. Zatrudnieni zostali nowi pracownicy, a ojca zmuszono do spłaty zadłużenia dzieci i zrzeczenia się dla nich restauracji (dla mnie to najdziwniejszy wątek odcinka) i usunięcia się w cień. W menu królować miała świeża ryba i wieprzowina, a wszyscy mieli odtąd żyć długo i szczęśliwie.

Czy żyli – tego się do dowiemy. Po powrocie Gessler bowiem smacznie rzeczywiście było – Jacek odetchnął, otrzymał pomoc w kuchni i zaczął gotować jak na profesjonalistę przystało, restauracją nadal jednak rządzili wszyscy i nikt. Prowadząca Kuchennych Rewolucji po raz kolejny wzięła więc Stanisława pod pantofel, sugerując (delikatnie mówiąc), aby oddał dzieciom lokal jako darowiznę, nie biorąc nawet złotówki. Kontrowersyjnie. Odcinek skończył się tak, że w zasadzie nic nie wiadomo. Albo jest bardzo dobrze, albo bardzo źle. Idealny przykład otwartego zakończenia, niczym w dobrym, stymulującym do refleksji filmie. Trzeba pomyśleć albo najlepiej pojechać nad morze i przekonać się na własną rękę. Innego wyjścia nie widzę.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat