Dziewiąty sezon Kuchennych Rewolucji nie pozwoli zaoszczędzić polskich złotych wiernym fanom Magdy Gessler, którzy jej śladami gotowi są zjechać cały kraj, tylko po to, by zasiąść przy stole, przy którym i ona zasiadła. W wyniku ostatniego odcinka zmuszeni byli pojechać na sam dół Polski, w okolice Krakowa, teraz zaś przyjdzie im przemierzyć całą długość Polski, by znaleźć się w zachodniopomorskim Białogardzie. Tam bowiem, przy drodze przelotowej, restaurację swą postanowiło otworzyć dwóch 36letnich mężczyzn – Tomek i jego wierny kompan Tomek. Miejsca owego nie wybrali przypadkowo, licząc na wzmożony ruch zmęczonych i wygłodniałych podróżników, oferując im przy okazji – a raczej przede wszystkim – nocleg w hotelu „Stop”. Nie była to rozrywka tania, ale i oni z czegoś utrzymać się musieli. A raczej mieli, bo i sala jadalna, i pokoje hotelowe świeciły pustkami. Co poszło nie tak? Przecież to nie pierwszy ich biznes i zaprawieni w bojach hotelowych byli, a jednak czegoś nie dopilnowali, coś przeoczyć musieli. Głowiąc się długo, a wyjścia znaleźć nie potrafiąc, zadzwonili po wszechwiedzącą Magdę Gessler.
Pierwszym, co powitało słynną restauratorkę, było trójkątne logo hotelu „Stop”, przypominające jej „damsko-męski kibel”. Później było nieco lepiej. Choć wnętrza zniesmaczyły prowadzącą swym brakiem gustu, a raczej jego brakiem u właścicieli – dekoratorów amatorów, to potrawy zawierały w sobie obietnicę umiejętności kucharek. W końcu, jak powiedział jeden z Tomków, „kucharki [są] dobre, ale starej daty”. To, co im zarzucił, to nieumiejętność dopasowania się do nowych realiów, czyli stworzonych przez niego nowoczesnych pozycji menu, zarówno tych podpatrzonych u konkurencji, jak i sprawdzonych w domu, przetestowanych na własnym gardle, przełyku, żołądku i innych partiach układu pokarmowego, bez wdawania się w mniej smaczne szczegóły. A skoro potrawy okazały się względnie dobre, nadszedł czas, by Magda Gessler przyczepiła się do czegoś innego. Padło na dwie rzeczy, jedną rodem z Orwella, drugą zaś mocno zadziwiającą. Po pierwsze, kucharki obserwowane były non stop przez kamery – sytuacja mało komfortowa, jak na długi staż pracy i teoretyczne zaufanie, po drugie zaś nie mogły w pracy jeść niczego z zapasów restauracyjnych, a wszelki prowiant przynosiły ze sobą. I choć podobno „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, w tym wypadku wystarczyły dwie kucharki i dwóch szefów z wężem (albo i całym ich gniazdem) w kieszeniach.
Obie sprawy – inwigilacji i głodowania – udało się jednak rozwiązać podczas rewolucji. Zmieniono także nazwę z wątpliwego pod względem atrakcyjności i siły przyciągania „Stopu” na „Bistro Jajo”, a także przemalowano wnętrza, które obecnie są „z jajem” – zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Okrojono również menu, stawiając na „produkty białe, w większości jarskie” – jak zapewniła Magda Gessler. Ogólnie rzecz biorąc zrobiło się jaśniej i pogodniej, może trochę zbyt wielkanocnie, ale o niebo lepiej, niż było. „Kibel” zdecydowanie awansował na pokój jadalny. Jeśli więc bierzecie na serio przygodę z Kuchennymi Rewolucjami i podążanie za Magdą Gessler, przyjdzie wam zainwestować w bilet na drugi koniec Polski, by w odmienionej restauracji „Stop” uraczyć się jajeczkiem w przyjaznej, postgesslerowej atmosferze.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze