Podkarpacka Dębica, rynek, budynek naprzeciwko kościoła. Miejscówka niczego sobie, gdyby nie fakt, że otwarto w niej restaurację. Kościół i alkohol do obiadu nieco się gryzą, nic zatem dziwnego, że „Majaga” nie przynosiła zbyt dużych dochodów. Restaurację tę w 2008 roku otworzyły dwie siostry – 35letnia Agnieszka i 31letnia Małgosia. Wnętrze urządziły raczej bez pomysłu, bardziej jak niskobudżetowy bar, niż „restaurację rodzinną”, którym to hasłem się reklamowały. A w reklamy, trzeba im przyznać, zainwestowały sporo. Zdecydowaną wygraną dla właścicielek było zatrudnienie młodej kucharki – 26letniej Doroty, z której zrobiły szefową kuchni. Niestety, jej talent kulinarny nie poprawił finansowej sytuacji „Majagi”, w związki z czym telefon do Magdy Gessler okazał się niezbędny.
Wzrok prowadzącej, po przekroczeniu progu, padł na kącik dla dzieci. Posłużył on jako pretekst do pierwszej, wstępnej krytyki. Dalej Magda Gessler – jakby z góry założyła sobie dokopać właścicielkom – złożyła najdziwniejsze zamówienie w historii programu. Pomidorówka w filiżance do espresso, jeden placek, osobny sos. Jasne, zdarzało jej się to wcześniej, ale nigdy nie wybrzydzała przy każdym daniu. Kucharki i kelnerki spisały się jednak na medal, prezentując przy okazji piękną zastawę, jaka znajdowała się w restauracji i mocno kontrastowała z brzydkim wnętrzem. Najlepszym daniem okazał się placek ziemniaczany, z czym ciężko się było nie zgodzić, gdyż nawet oglądany przez barierę szklanego ekranu wyglądał apetycznie. Aż się prosił o polanie go jogurtem i posypanie cukrem, a potem schrupanie aż do ostatniego kawałka. Placek ów stał się również motywem przewodnim rewolucji, gdyż w jego duchu Magda Gessler postanowiła z rodzinno-nie-rodzinnej restauracji uczynić plackarnię, zmieniając jej nazwę z bliżej nieokreślonej „Majagi” na „U sióstr”.
Rewolucja przebiegła pomyślnie, choć początkowo właścicielki nie chciały współpracować. Były podejrzanie tajemnicze i nie chciały podać prowadzącej żadnych sum, jakby robiły jakieś przekręty z kasą fiskalną. W końcu udało się z nich wyciągnąć jedną, malutką informację i na tym koniec. Podczas gdy starsza z sióstr była nastawiona „na anty”, druga po prostu milczała. Aby je nieco rozruszać, Magda Gessler zapewniła całej załodze atrakcję w postaci wizyty u grupy śpiewającej gospel. Nie była to lekcja religii, ale spontaniczności. Z tego, co widać było po powrocie prowadzącej do restauracji, lekcja ta została wykonana bardzo dobrze, bo młodsza z sióstr otworzyła się na świat. Starszej chwilowo zabrakło. W sumie to sama rewolucja z góry była „skazana” na powodzenie, gdyż miała ku temu warunki – znajdowała się w centrum, załoga składała się z kobiet, szef kuchni także okazał się płci żeńskiej, a do tego umiał(a) fantastycznie gotować i dało się z nim (nią) dogadać. W bitwie na najlepszy sernik także wygrała ona – Dorota, co jednak było z góry przesądzone, gdyż Magda Gessler zostawiła jej kawałek na koniec. Mała manipulacja wynikiem, ale co tam. Grunt, że wszystkim wyszło na dobre. Właścicielki zaczęły się uśmiechać, pracowniczki zarabiać, a plackarnia tętnić życiem. I kolorami, gdyż paskudne wrażenie taniego baru ustąpiło miejsca „niebiańsko-niebieskiej” scenerii. Tak jak na koniec powiedziała Magda Gessler – teraz warto tam zajrzeć.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. Archiwum TVN
Komentarze