Siódmy odcinek siódmego sezonu „Kuchennych Rewolucji” rozegrał się w bajecznie zaśnieżonych Kielcach, gdzie w środku miasta, w ścisłym centrum, stała sobie niewielka restauracja o nazwie „Voodoo”, prowadzona przez czwórkę przyjaciół. Niestety, Kamil, Iwona, Beata i Rafał, otwierając ją, byli kompletnie zieloni. Nie przemyśleli wyboru odpowiedniej nazwy, ani zagospodarowania wnętrza. W wynajętych salkach postawili wszystko, co tylko się dało, przez co całość wyglądała na mroczną rupieciarnię lub zdemolowany dom strachów. Oczywiście, liczyli się z początkowymi stratami, ale po roku, gdy dla przetrwania interesu nadal musieli do niego dokładać, zaczęli się poważnie martwić. Co było źle? Czy to wina zbyt mrocznego wnętrza? Nazwy? Stromych schodów? A może kuchni, która wydawała im się smaczna? By dostać odpowiedzi na nurtujące pytania, musieli zadzwonić po Magdę Gessler.
Główna ulica w centrum, amerykańska kuchnia, młoda ekipa – brzmi dobrze, a jednak. Pierwsza wada, jaką przybyła restauratorka wytknęła niedoświadczonym właścicielom, to wejście do restauracji, a raczej schody. Według mnie nieco przesadzała. Sama mieszkam w mieście, gdzie jest sporo podobnych knajp, do których na dodatek chodzi się pić. Mało kto spada ze stopni po alkoholu, a co dopiero bez – w pełnym świetle i trzymając się barierki. Program wymaga jednak wzmożonej dramaturgii, więc ok, niech będzie, że schody były mordercze. Dalej prowadzącą uderzył dziwny wystrój. Wnętrze restauracji wyglądało bowiem na mroczną salę wesołego miasteczka, gdzie chodzi się, by przeżyć trochę kontrolowanego strachu. Końcową ofiarą padły dania oferowane w menu. Choć właściciele twierdzili, że są smaczne (i nawet sami tam jadali), Magda Gessler nie dała temu wiary. Odbył się rytuał plucia w chusteczkę, strzepywania składników na talerz i rzucania spojrzeń pełnych dezaprobaty. Oto miała przed sobą ciężki orzech do zgryzienia, „o ile w ogóle by się tego podjęła” – choć, jak wiadomo, i tak by spróbowała.
W tym miejscu warto przypomnieć sobie poprzedni odcinek „Kuchennych Rewolucji”. Miała tam bowiem miejsce sytuacja przeciwna do dzisiejszej. Magda Gessler odrzuciła pierwotną kuchnię włoską na rzecz polskiej. Dziś jednak postanowiła odratować zastaną, amerykańską, przekształcając ją w prawdziwe arcydzieło. Restauracji nadała aurę Ameryki lat 60tych, zmieniając kartę dań, przebierając kelnerki i czyniąc wnętrze słodko-różowym z czerwonymi i białymi akcentami. Trzeba przyznać, że zmiana się udała, a miejsce zdecydowanie zyskało. Odtąd miało także nosić nową nazwę – „American Home”. W samą rewolucję wkład miała jednak nie tylko Magda Gessler, ale także majestatyczne bizony, które tchnęły w początkujących właścicieli dużo spokoju, opanowania i nadziei na lepsze jutro. Kontemplacja przyrody zamieniła się w spożywanie złapanego wcześniej osobnika i naukę oceniania smaku dobrego mięsa. Choć to przejście od obserwacji do stołu było dość okrutne, najwyraźniej zdało egzamin. Powitalna kolacja poszła znakomicie, a po powrocie prowadząca zastała sale pełne szczęśliwych, wgryzających się w hamburgery ludzi. I choć ciężko przez ekran telewizora ocenić, czy jedzenie naprawdę jest smaczne, „American Home” wygląda na tyle kusząco, że warto udać się tam nawet w ciemno. Jeśli zatem podążacie szlakiem rewolucji Magdy Gessler, koniecznie zaznaczcie sobie na kulinarnej mapie nowy punkt do zaliczenia.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. Archiwum TVN
Komentarze