Dziś, patrząc na mapę Polski, przenosimy wzrok na południe, a konkretnie na Śląsk, gdzie niedaleko od Zawiercia leżą zapomniane Ciągowice. Tam też znajdował się zajazd „Euforia”, który powstał z marzenia 36letniej Sylwii. Pierwsze lata działania lokalu były bardzo pozytywne – na klientów nie dało się narzekać, a i oni nie mieli zastrzeżeń do potraw. Pewnego jednak dnia, jak to się zdarza w bajkach, do restauracji zawitał wilk w owczej skórze, czyli krytyk kulinarny. Zamówione potrawy wywarły na nim bardzo złe wrażenie, czego nie omieszkał opisać w lokalnej gazecie. I to był początek lawiny nieszczęść, do której wkrótce dołączył nieudany sylwester i niepochlebne opinie w Internecie. „Euforia” zaczęła tracić klientów, a Sylwia zarobki. Dla podratowania sytuacji zatrudniła nowego szefa kuchni – 29letniego Krzysztofa, spychając ze stanowiska 36letnią Dorotę. Rotacja nie przyniosła jednak efektu. Ostatnią deską ratunku, jak zwykle, okazała się Magda Gessler.
Kiedy prowadząca Kuchennych Rewolucji zajechała pod wskazany adres, zastała całkiem przyjemny lokal, choć niepasujący do okolicy i kontrastujący z nią, w złym tego słowa znaczeniu. W odróżnieniu od kolorowych murów, wnętrze było szare i nieciekawe, oczywiście w opinii Magdy Gessler. Moim zdaniem wyglądało o wiele lepiej, niż po rewolucji, ale co ja tam wiem? Po dekoracjach i kolorystyce przyszła pora na krytykę sprężystego, nieporęcznego menu, smaku dań i pracy kucharzy. Krótko mówiąc – wszystkiego. Okazało się, że z braku stałej liczby klientów, jedzenie się mroziło i to w dodatku źle, bo bez przykrycia. Do zajazdu zaglądali głównie ludzie będący w trasie. Zamawiali zestawy obiadowe za 15zł, jedli i znikali. Nie narzekali na gumowatość kotletów, ani starą fryturę, które odkryła Magda Gessler, bo zwyczajnie nie mieli na to czasu lub odwagi. Opiniami dzielili się za to chetnie w Internecie. Aby zatrzymać lawinę nieszczęść, prowadząca zaproponowała następujące zmiany: po pierwsze – nazwa, z „Euforii” na „Spichlerz”, po drugie – wnętrza, z „nudnych” na wielkanocne… a nie, przepraszam, na „zbożowe”, po trzecie – ekipa kuchenna. Szef spadł ze swej pozycji, by wszyscy byli równi i otrzymywali sprawiedliwe pensje, a Magda Gessler przeprowadziła im szybki kurs gotowania regionalnych potraw, gdyż odtąd wyłącznie takimi miała żyć restauracja. I tak na powitalny obiad podano zielonożółty, lekki zestaw z giczą z kością, który zachwycił gości, jak zresztą dzieje się w każdym odcinku.
Kiedy prowadząca wróciła, niemalże wszystkie stoły były zajęte. Zaskoczeniem dla niej było odejście dwóch kucharek, w tym wiecznie płaczącej Doroty, w której pokładała nadzieje. Ostał się za to niedoceniony Krzysztof. Może dla Magdy Gessler będzie to nauka na przyszłość, by spoglądać na mężczyzn przychylnym, a przynajmniej bardziej wyrozumiałym okiem? A może i nie. Są bowiem tacy ludzie, których nie da się poskromić i Magda Gessler prawdopodobnie jest jednym z nich. A wracając do rewolucji – oczywiście powiodła się. Może dania nie były idealne, ale na pewno zjadliwe. Zatem jeśli nie boicie się, że traficie na gorszy dzień nowego, nieprzeszkolonego przez prowadzącą kucharza, lub macie wielką ochotę na gicz z kością, bierzcie mapy i ruszajcie na południe!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze