Czwartkowy wieczór, gdy za oknem jest już ciemno, a temperatura, ignorując wiosnę, spada poniżej zera, sprzyja siedzeniu w domu i wpatrywaniu się w ekran telewizora. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy skazani na nudę. Przeciwnie – włączając TVN mogliśmy choć na chwilę przenieść się na wschód Polski, gdzie w miasteczku Hrubieszów łączą się trzy różne kultury: polska, ukraińska i żydowska. Tam także znajduje się restauracja „Magistrat”, desperacko potrzebująca pomocy Magdy Gessler. Jej właścicielką, od pół roku, jest 36letnia Justyna, która do pomocy ma trzy inne kobiety: 26letnią Joasię, 29letnią Anię i 50letnią Alinę. Choć ciekawy układ imion: 2 razy „J” i 2 razy „A” powinien przynosić szczęście damskiej ekipie i wspierać jej siłę, na niewiele się zdał. Restauracja, zamiast zyskiwać, tylko traciła klientów. Rozpaczliwie chwytała się ostatniej deski ratunku – cateringu, który przyczynił się wizerunku Magistratu-stołówki. Z usług korzystał przede wszystkim zakład karny, w drugiej kolejności goście szkoleń i na samym końcu prywatni odbiorcy. Nie taki był jednak plan. Zamiast dostosować się do szarej, smutnej rzeczywistości, kobiety postanowiły pokazać swą determinację i zawalczyć o marzenia. I tak oto zgłosiły się do programu, fundując nam telewizyjną wyprawę do samej granicy.
Magda Gessler, przekroczywszy skromne progi lokalu, zastała nieciekawe wnętrze, menu zawierające istne pomieszanie z poplątaniem oraz czwórkę niezorientowanych w kuchni kobiet. W końcu zdecydowała się na spróbowanie dania dnia oraz kilku polskich pozycji z karty (najwyraźniej bojąc się włoskich i azjatyckich przysmaków). Nic jej nie zachwyciło. Nawet mielone kotlety i kisiel, który poleciła zrobić w ramach konkursu, nie pomogły w zmianie zdania. Cóż – kobiety miały wiele zaległości i ogromne braki w kulinarnej wiedzy. Aby połączyć naukę z zabawą i zmotywować załogę, Magda Gessler zarządziła kolejny konkurs, tym razem zapraszając Koło Gospodyń. Te panie zdecydowanie znały się na rzeczy! Najpierw opowiedziały, jakie dania są charakterystyczne dla regionu, a potem wzięły się do dzieła. Tym samym restauracja, z bliżej nieokreślonej, miała stać się pomnikiem dla trzech kultur, które łączyło miasto Hrubieszów. Wnętrze zyskało nieco charakteru i przestało przypominać podrzędną jadłodajnię. Do karty weszły dania, jakich wcześniej kucharki nawet nie znały, w tym wschodnia odmiana pierogów – pielmienie. Na kolacji powitalnej pojawiły się w asyście barszczu ukraińskiego oraz różnego rodzaju sałatek i surówek. Wszystko zapowiadało się pięknie, gdyż goście byli zadowoleni zarówno ze smaku, jak i z wyglądu.
Największy szok przyniosły jednak ostatnie minuty programu, w których to Magda Gessler powróciła do tej jakże cudownej i odmienionej restauracji. Kiedy kamery pokazały wnętrze, w oczy uderzyła mnie jakaś podejrzana pustka. Potem przyszło zbliżenie twarzy prowadzącej oraz kolejne sceny, gdzie czyta menu, a tam same „amerykańskie śmieci”. W kontraście do rosnącej złości Magdy Gessler, pokazano wypowiedzi właścicielki – Justyny, która twierdziła, że to nic złego sprzedawać dania, które cieszą się popularnością. I niby miała rację – bo to nic złego, szczególnie, że ani hamburger, ani zapiekanka złe nie są. Problem nie polegał na tym, że Justyna truła gości (prowadząca może sobie mówić, co chce), ale że oszukiwała. Kuchenne Rewolucję są w końcu po to, by coś zmienić, a nie wyłącznie umieścić nazwisko sławnej osoby w menu i czekać na profity. To było nieładne zagranie ze strony właścicielki restauracji i ona dobrze o tym wiedziała, choć przed kamerą twardo starała się bronić własnego postępowania.
Muszę przyznać, że był to dla mnie szok, bo o ile czasem myślę, że może tym razem rewolucja się nie uda, tak tym razem byłam przekonana, że nie ma szans na porażkę. Nic nie usprawiedliwia jednak Magdy Gessler, która w końcowej scenie, chyba dla podkręcenia dramaturgii, wywróciła stolik, zwalając z niego wszystkie naczynia i degustowane dania. Nawet, jeśli ekipa „Magistratu” nie spełniła jej oczekiwać, nie miała prawa do takiego zachowania. Pani Magdo – trochę kultury jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Koniec końców do Hrubieszowa warto się wybrać, ale korzystając z innej restauracji, niż „Magistrat”. Jeśli macie ochotę na coś wschodniego, lepiej przekroczyć granicę i poszukać restauracji, gdzie naprawdę „serce wkłada się w garnek” – jak to ładnie określiła jedna z kucharek.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. Archiwum TVN
Komentarze