Łódź. Ni to centrum, ni obrzeża. Dziurawa, pełna kałuż droga wiodła do starego, bladozielonego budynku, przypominającego zdewastowaną altankę lub leśny szalet. Choć w zamyśle miała to być przyjazna restauracja z pyszną, domową, zdrową i tanią kuchnią, w rzeczywistości powstało miejsce, gdzie diabeł mówił dobranoc, a człowiek zamawiał obiad wyłącznie w ostateczności. Ów przybytek nędzy i rozpaczy prowadziła rodzina – 32letni Piotr, jego 31letnia żona Ania i ojciec – 59letni Paweł. Pierwszy z mężczyzn w budynku pojawiał się sporadycznie, drugi nie potrafił sprowadzać produktów dobrych jakościowo, a jedyna kobieta poszczycić się mogła wyłącznie wielką urodą, bo o składnikach dań z karty nie miała zielonego pojęcia. W kuchni rządziły za to dwie panie – 58letnia Iwona i 33letnia Ada. Choć z założenia powinny były gotować domowo, smacznie i dużo, skończyło się na rutynie odmrażania małych, gotowych kawałków w jednej z tysiąca mikrofalówek i smażenia wszystkiego na głębokim, starym tłuszczu we frytkownicy. Jeśli miały ambicje i/lub potencjał, dawno się z nimi pożegnały.
Pewnego dnia, w wyniku wykonanego przez jednego z właścicieli telefonu, do owej restauracji – skądinąd pozbawionej czytelnej, jasnej nazwy – przybyła Magda Gessler z nadzieją na zmianę, ratunek, odrodzenie. Dzielnie przetrwała omijanie kałuż oraz upał wynikający z niemożności otworzenia okien. Poddała się dopiero wtedy, gdy na stół wjechały zamówione z menu, adekwatnie nazywanego tam jadłospisem, potrawy pełne tłuszczu, chemii, a nawet pleśni. Nienajedzona opuściła restaurację, by odetchnąć i w pełni sił powrócić dzień później. Szefostwu wydała polecenie wręczenia kucharkom po 500zł, co było nieco wygórowaną kwotą, jak na zakup składników na trzy zupy, ale cóż. Wtedy też podjęła decyzję, by zabronić właścicielom wtrącania się w sprawy kuchni. Kuchnia umie, kuchnia sobie poradzi. Skoro wcześniej Iwona skarżyła się, że gotują źle w wyniku odgórnych ograniczeń („na czym mamy i co mamy”), to teraz nie miała już podstaw do narzekania. Produkty przyszły świeże, zdrowe i w dużych ilościach. Żyć, nie umierać, gotować! Magda Gessler przemianowała bliżej nieokreśloną nazwę restauracji na „Obiady domowe pod jabłonką, czy też skrótowo „Pod jabłonką”, a motywem przewodnim wystroju wnętrza uczyniła, jak sama nazwa wskazuje, jabłonkę. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że to porządna rewolucja. Przy wcześniejszych wnętrza rzeczywiście się zmieniały, może nawet na lepsze, ale dopiero tu dało się dostrzec, jak bardzo. Być może to dlatego, że wcześniej w środku było wyjątkowo obskurnie. W tej nowej, zmienionej już restauracji sama z chęcią zasiadłabym przy stole.
Tymczasem jednak sama rewolucja nie wystarczyła, ludzi należało jeszcze powiadomić i zwabić. Na promocję wybrała się piękna Ania z mężem, częstując ludzi kanapką na wypasie, czyli grubo krojonym chlebem, na to jeszcze grubszym kotletem, a na to jajkiem sadzonym. Wydaje mi się, że to przesada, ale skoro ludzie jedli, a potem jeszcze przyszli, to jednak danie musiało być chwytliwe. W nowym menu pojawiły się tylko trzy pozycje – trzy domowe zestawy. I choć mi z nazwą „Pod jabłonką” kojarzą się raczej dania jabłkowe, np. szarlotka, racuchy, mięso duszone w jabłkach,… jak w „Entliczku pentliczku” Jana Brzechwy, to tutaj postawiono na wielkie kawały mięcha i spore ilości ziemniaków w sosie. Rzeczywiście domowo i smacznie, ale zupełnie nie jabłkowo. Zresztą jabłkowa rewolucja już raz była i to zaledwie sezon, może dwa temu. W tej rewolucji z jabłkiem związano tylko wystrój. Szkoda. A może i nie szkoda, bo po powrocie Magdy Gessler wszystko grało, właściciele trzymali się rozporządzeń, mieli uśmiechy na twarzach, a przy stołach siedzieli zadowoleni goście. Cóż więcej pisać? Możecie pojechać do Łodzi i sami sprawdzić, jak smakuje nowe, domowe jedzenie. Nie zapomnijcie tylko ubrać swetrów z głębokimi kieszeniami albo zabrać głębokich torebek, bo podawane tam kotlety schabowe są naprawdę ogromne, a zostawiać cokolwiek na talerzu to grzech!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN / Piotr Mizerski
Komentarze