Jeśli lubicie film "Wehikuł czasu", spodoba wam się również czwarty odcinek tego sezonu Kuchennych Rewolucji, który jest jego adaptacją. Tym razem historia została jednak przesunięta w stronę współczesności, a w rolę główną wcieliła się Magda Gessler, która opuszczając 2014 rok, zlądowała w samym środku PRL-u. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Na pierwszy rzut oka zgadzało się bowiem wszystko - tandetne wnętrza, "weselne" obrusy, estetycznie wątpliwa zastawa i cała kuchnia pełna "kuchar" z krwi i kości. Zabrakło jednak najważniejszego elementu - ludzi, w szczególności rzeszy górników, którzy w prawdziwym PRL-u stołowali się w "Zajeździe Rudzkim" z wielką chęcią. Dziś jednak restauracja świeci pustkami i to w dwójnasób. Pusto w sali jadalnej, pusto w lodówkach i szafkach. Właściciel "prezes" Stanisław nie robi zamówień, bo po co? Nie płaci też kucharkom, bo nie ma z czego. I biznes się kręci... jakoś... ledwo. Albo i nie, skoro potrzebny był jednak telefon do Magdy Gessler. Na pomoc! - wołali. A pomoc, oczywiście, nadjechała.
"Pomoc", po przekroczeniu progu "Zajazdu Rudzkiego", zastała pustkę, brud i starość. Nic dziwnego, od ponad trzydziestu lat wystrój nie został zmieniony. Do tego w karcie "cały świat", a żeby zjeść coś, na co ma się ochotę, trzeba to zamawiać dzień wcześniej. Co w rezultacie można zjeść "na już"? No, mrożone flaczki. Coś jeszcze? Owszem, zalanego ketchupem placka ziemniaczanego. A poza tym? Raczej nic. Po krótkim namyśle, by uratować tak trudną sytuację, a jednocześnie podkreślić lokalne kulinaria, Magda Gessler uznała, że trzeba przemianować "Zajazd Rudzki" na "Bufet Rulandia" - od znanych i uznanych rolad, a do tego zrezygnować z kiczowatego wystroju wnętrza na rzecz stonowanych barw i ograniczonych ozdób, nie usuwając jednak z restauracji jej PRL-owskiej historii. Rewolucję zaczęła od kuchni i to dosłownie, bo od znakomitych - jej zdaniem - kucharek. Jeśli zaś chodzi o szefa "prezesa" Stanisława, z nim nie było nawet co gadać. Nie dość, że nazbyt kręcił i chytrzył, to jeszcze nie płacił załodze za pracę i powodował, że co chwilę któraś z kobiet roniła łzę. A w strategicznym momencie po prostu się obraził. Na tamten moment nie było innej rady: albo się zmieni, albo rewolucja spełznie na panewce. A czy potrafi się zmienić, to zależało już wyłącznie od niego samego.
Na szczęście Magda Gessler, sprytnie i by dopomóc fortunie, w rewolucji zawarła prezesowski pierwiastek, który miał połechtać jego ego, a mianowicie różnorodne dyplomy Stanisława, które po przemalowaniu ścian zawisły na samym ich środku. Tak odmieniony "Bufet Rulandia" mógł już tylko przynosić zyski, wraz z falą zachwyconych klientów. Czy się udało? Na szczęście tak. "Na szczęście", bo poczciwe kucharki nie zasłużyły na wyzysk i niesprawiedliwości. Widać było, że lubią swoją pracę i są związane z lokalem całym sercem. Gdyby rewolucja się nie powiodła, wraz z odejściem - które zapowiedziały - utraciłyby również kawałek siebie. Na szczęście nic podobnego nie miało miejsca, a my - w ramach sprawdzenia, czy na pewno wszystko już gra - możemy wybrać się do Rudy Śląskiej na ekstra długą roladę i domową zupę "jak u mamy".
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze