Nieopodal Częstochowy beztrosko leży sobie gmina Herby, gdzie od dobrych pięciu lat stoi lokal zarządzany przez 38letniego Faustyna – człowieka z wątpliwym poczuciem estetyki, równie wątpliwą znajomością sztuki kulinarnej oraz brakiem umiejętności zarządzania. Założoną przez siebie restaurację postanowił przemianować na pizzerię, dając jej egzotyczną nazwę „La Costa”, menu zaś skomponował bazując na ulotkach innych, prawdziwie włoskich pizzerii. Jak się jednak okazało, nie tyle na nich bazował, co po prostu bezczelnie ściągał, do tego niezbyt umiejętnie. Cóż, w końcu z gastronomią miał on w życiu niewiele wspólnego, a zapoznanie się ze składnikami jakiejkolwiek pizzy nie wpływa na umiejętność przyrządzenia jej. O tym jednak Faustyn nie pomyślał, bądź optymistycznie tę kwestię pominął. Do współpracy zaprosił trzy lekko ponad dwudziestoletnie dziewczyny, które o gotowaniu miały niewiele większe pojęcie niż on, a także wesołego dostawcę na telefon, który nie czuł się z miejscem pracy zbyt zżyty. A przynajmniej nie na tyle, by o nie dbać czy przejmować się jego losami. Z racji, iż – zupełnie nie wiadomo dlaczego – sytuacja w restauracji nie chciała się odmienić, skonfundowany właściciel zadzwonił po Magdę Gessler, by ta sprowadziła mu paru gości.
I tak też się stało. Restauratorka zjawiła się w progu „La Costy” w pewien brzydki, podeszczowy dzień, a jej czyste buciki zostały skazane na kąpiel w świeżym błotku. Jak się jednak szybko przekonała, nie było to jedyne utrapienie, które spotkało ją podczas tejże wizyty tudzież całej rewolucji. W środku na Magdę Gessler naparła bowiem fala rupieci, silnie godząc w jej poczucie estetyki. Wśród „pięknych” ozdób tego niezbyt obfitującego w gości przybytku znalazły się: aniołek, wielbłądy, rzymski wojownik w rydwanie, hieroglify, egipski kot, maszyna do pisania, winogrona Bachusa, pacynka wiedźmy, walentynkowe serca, indyjski słoń i wiele, wiele innych drobiazgów, a wszystkie one miały wyrażać zamiłowanie Faustyna do stylu... góralskiego. Tak. Poza stertą bibelotów w restauracji było także dużo ludzi pracujących, dużo wolnego czasu, dużo pozycji w menu i dużo zimna. Po drugiej stronie medalu znajdowały się za to brak pomysłu, brak klientów i brak smaku.
W kuchni Magda Gessler zastała stare, zniszczone sprzęty oraz „brud i smród”. By ocenić umiejętności młodych kucharek, kazała im zaniechać tworzenia tych haniebnych placków zwanych z niewiadomych przyczyn pizzą, a w zamian za to przygotować kilka potraw staropolskich, świeżych, swojskich. W takim bowiem klimacie miała przebiec cała rewolucja – lokal stał się „Bistrem Bochenkiem”, a w menu zagościły dania podawane w świeżych, wypiekanych nieopodal chlebkach, w tym m.in. krupnik i gęsie pipki. Na promocję przygotowano pajdy z kotletem schabowym i połową ogórka, natomiast powitalna kolacja była dość dziwna, bo dużą część menu zajmowały produkty spoza lokalu – wędzone kiełbasy, swojskie wędliny, ponownie – chlebki i chleby, a także kwas chlebowy. To dało jednak lokalowi dobry start i szansę na popularność wśród wygłodniałych klientów i smakoszy natury.
W związku z powyższym sytuacja zastana w bistrze po powrocie Magdy Gessler była co najmniej zaskakująca. Restauratorka odkryła, iż na kuchni nie ostała się ani jedna kucharka, która była obecna podczas rewolucji, a wszystkie zamówione dania okazały się zbyt wodniste, „kupne w smaku” albo po prostu niedobre. Jej zdjęcie, które właściciel umieścił w tle karty, musiało zatem zniknąć, a „Bistro Bochenek” nie został wliczony w poczet „jego-jej sukcesów”, jak to zawsze mawia prowadząca. Cóż, nie wszystko i nie zawsze się udaje. Tym razem rewolucja nie wyszła, a Śląsk nie zyskał nowej, smacznej knajpki. Jeśli więc kiedykolwiek tam traficie, jadło zamawiacie na własną odpowiedzialność. Magda Gessler się od tego „maksymalnego obciachu” odżegnuje.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze