Mało Polski dla kobiet?

III Europejski Kongres Kobiet w Warszawie.
W dniach 17-18 września w Warszawie odbędzie się III Europejski Kongres Kobiet organizowany pod hasłem Kobiety dla Polski, Polska dla kobiet.

Początkami (czerwiec 2009) Kongres miał jedynie formę ruchu społecznego, w styczniu 2010 został sformalizowany – tak powstało Stowarzyszenie Kongres Kobiet. Jak się okazuje niewielu przedstawicieli płci brzydkiej potrafi szybko (i poprawnie!) odpowiedzieć na pytanie, co ma on na celu i jaki jest jego motyw przewodni. Co rozumniejsza kobieta, której rola w społeczeństwie nie ogranicza się jedynie do bezmyślnego pobierania tlenu, jest tego świadoma. Każda natomiast feministka zżyma się na samą myśl, że „ci wstrętni panowie” nie mają pojęcia, jakże cudowną zrzeszającą inicjatywą ów Kongres jest. Czytamy więc na oficjalnej stronie szereg uzdrawiających postulatów, mających wspiąć Nasze, o Drogie Panie, pozycje na piedestały polityki, biznesu, dziennikarstwa i innych dziedzin. Czytamy o refundacji in vitro, prawa do aborcji i nieszczęsnych parytetów, które mimo odwiecznej szermierki, nigdy nie znalazły zastosowania w naszym kraju. Czy to znaczy, że Polska mało daje kobietom? Że za mało Polski dla kobiet? A może, wyrzucając pierwszy człon tegorocznego hasła, skojarzymy je z ksenofobicznym, niezdrowym wręcz nastawieniem, walką z wiatrakami, których siła i tak zdmuchnie wszystkie idee?

Bo czym jest dziś feminizm? Pytanie o tyle niezdrowe, o ile odmienne są odpowiedzi przedstawicielek różnych klas społecznych, wieku i pozycji. Dla mnie sam Kongres stał się jedynie bodźcem do zadania sobie pytania o istotę odwiecznej walki o prawa kobiet. Wiem, że powinnam przyklasnąć, ze wzrokiem wdzięcznego kundla dygnąć w ukłonie dla rzekomych zasług feministycznych poczynań, ujętych w łagodniejszą firaneczkę stowarzyszenia.

Tylko, czy ktoś kiedyś zastanowił się nad tym, co, prócz niechęci, przynoszą nam walki kobiet?; XXI-wieczna puszka Pandory, która ze zwykłego słówka gender rozdmuchała wojnę domową? Ponieważ kobiety zarabiają mniej, ponieważ są molestowane, dyskryminowane i uwaga: NIE MAJĄ PARYTETU! Parytet to ostatnio moje ulubione słowo. Dzięki walce naszych kochanych przedstawicielek nabrało cudownych właściwości i uczyniło z nas upośledzone istoty z tępym wyrazem twarzy, potrzebujące prawnego wsparcia. Takie oto pokraczne misie Jogi, zamiast błysnąć intelektem, politycznym animuszem, machną kodeksem, podkreślą w dowodzie gender (również bardzo modne słówko) i oto będą w Parlamencie. Satysfakcja z brawurą! Podobna wizja tworzy się w głowie przy okazji rozmowy kwalifikacyjnej, gdzie już nie odpowiednie doświadczenie, nienaganny wygląd czy obycie będą naszym atutem. I tutaj dwa scenariusze: zbity pies, który litościwie szepta: „jestem kobietą, potrzebuję miejsca pracy, a wszyscy wolą mężczyzn”, lub też: harda Heksa, która roszczeniowo krzyknie: „jestem kobietą, potrzebuję miejsca pracy, a wszyscy wolą mężczyzn!”.

Równie zabawna stała się dla mnie licha gałązeczka feminizmu, którą socjolingwiści nazwaliby męską dominacją językową. Lubię język polski. Uważam, że jest na tyle barwny i obszerny leksykalnie, że nie potrzeba nam żeńskich pokrak w stylu „psycholożki”. Na tej płaszczyźnie akurat sama zmiana zawodu brzmi jak deprecjacja i umniejszenie jego powagi. Wieczny pościg za równouprawnieniem, osłabia mnie, a słysząc mierne przemowy kobiet, które powielają słabe argumenty, czuję wstyd i zażenowanie. Nie bez powodu mówimy o dwóch rodzajach ustroju społecznego: patriarchalnym i matriarchalnym. Nie ma patro-matro, gdzie waga stoi na równi.

Kobieto, pewnie nie jesteś za pan brat z całkami, ani też nie oceniasz własnych zdolności przestrzennych na 5. Pewnie też nie masz szeregu innych cech, w których faceci są lepsi (a może i nie?). Mam ochotę stworzyć nowe prawo na miarę dzisiejszego Newtona. Prawo różnicy: dwie rzeczy nigdy nie będą takie same. Proste, prawda? Wnioski wysnuj sama. Sama też zastanów się, kogo chcesz oglądać, patrząc w lustro. Kobietę, która dostaje, czego chce, bo do tego dąży (bo ją na to stać!) czy kogoś, kto płynąc w bańce mydlanej, dostaje coś z polecenia (dla świętego spokoju i dobra sprawy)?

Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat