Marlena de Blasi: Ani on, ani ja nie mówimy, że poza tymi dwoma rzeczami nic ważnego w życiu już się nie liczy. Chodzi jedynie o to, że niezależnie od tego, czym się zajmujemy, te wszystkie czynności i tak w końcu nas doprowadzają albo do łóżka, albo do stołu. Ponieważ w tych miejscach nabieramy sił, odświeżamy się, regenerujemy, by móc...żyć.
dlalejdis.pl: Kiedy odkryła Pani swoją miłość do kuchni?
MB: Nie mam takich wspomnień, żebym nie gotowała. Musiałam zacząć we wczesnym dzieciństwie, bo na pewnym zdjęciu zostałam uwieczniona, jak w wieku 4 lat robię chleb w szkole razem z zakonnicami.
dlalejdis.pl: W najnowszej książce „Smaki południowej Italii” ukazuje Pani specyfikę kuchni poszczególnych regionów południowych Włoch. Pani ulubiona część Włoch pod względem kulinarnym, to...
MB: Zawsze trudno mi odpowiadać na pytania typu: ulubione danie, ulubiony region, dlatego że uzależnione jest to od pory dnia, roku, jakiegoś momentu w czasie. Gdybym jednak faktycznie musiała, to wybrałabym Toskanię, ale mówię tutaj o takich prawdziwych daniach toskańskich, a nie o kuchni turystycznej serwującej spaghetti po bolońsku dla niewybrednych podróżnych. Tamtejsza kuchnia właściwie w całości opiera się na sezonowych produktach, wszystkie posiłki związane są z tym, co w danym okresie dojrzewa. Mieszkając na wsi, wśród rolników, spożywa się owoce natury. Takie życie jest piękne, bo pozwala odkryć cykliczność pewnych zdarzeń w roku. Zawsze o tej samej porze ścina się winogrona, kiedy są dojrzałe, a potem świętuje. Cała toskańska filozofia życia związana jest z ziemią.
dlalejdis.pl: Powiedziała Pani, że: „Kiedy przygotowujemy potrawę regionalną, równie ważne, jak przepis jest szczere zainteresowanie historią i charakterem kraju”. Pani wiedza o opisywanych regionach, miastach, wsiach jest godna podziwu. Skąd Pani ją czerpie? Książki historyczne nie zdradzą przecież, kto może zostać portierem w neapolitańskiej kamienicy...
MB: Bez historii jedzenie ma charakter wyłącznie odżywczy. Spożywając jakąś potrawę, wchłaniamy zarazem historię jej powstawania. Pozyskuję te opowieści dzięki hojności i szczodrości ludzi. W momencie, kiedy zadaję ludziom pytania o przeszłość, to widzę, jak rozświetlają im się oczy. Zwłaszcza osoby starsze bardzo lubią rozmawiać o dawnych czasach, powrót do przeszłości sprawia im ogromną radość.
dlalejdis.pl: A propos Neapolu. Po mrocznej książce Roberto Saviano „Gomorra” miasto to kojarzy się bardziej z mafią niż smacznymi potrawami. Tymczasem Pani zdradza czytelnikom jego podwójne oblicze: „Neapol to kochanek-złoczyńca, któremu choćby na jedną noc trzeba za wszelką cenę się oddać”...
MB: Bardzo cieszę się, że pani zadała to pytanie, bo niewiele osób, które przeczytały tę książkę dokonuje połączenia tych tematów, zagadnień. Prawdziwy Neapol funkcjonuje na dwóch poziomach, ale trzeba je poznać samodzielnie, bez żadnego przewodnika. Z jednej strony będzie się oczarowanym zarówno fizycznym pięknem miasta, jak i uprzejmością ludzi, a z drugiej na pewno stanie się świadkiem sytuacji wywołujących strach. Neapolitańczyk potrafi ukraść ci portfel, jednocześnie sławiąc twoją urodę i mówiąc jaka jesteś wspaniała. Neapol to miasto brutalne, ale pełne uroku. Na pewno istnieje tam jakiś rodzaj mafii, podobnie jak w Kalabrii czy na Sycylii, różnie się tylko nazywają. Ja dogłębnie eksplorowałam tę kwestię podczas mojej pracy i doszłam do wniosku, że to państwo, rząd włoski bardzo dawno temu stworzył mafię. Także Amerykanie, którzy przybyli do Włoch po II wojnie światowej pomogli w kreowaniu przestępstwa, rozprzestrzenianiu się mafii na Sycylii. Mafia w Neapolu jest tak dalece zakorzeniona, że chyba niestety zawsze tam będzie istniała. Niemniej jednak warto to miasto poznać!
dlalejdis.pl: Aż nasuwa się powiedzenie: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”. Wyzwanie dla śmiałków. Ale przecież Pani odwagi zdecydowanie nie brakuje! Z miłości do poznanego w Wenecji mężczyzny, przypominającego wyglądem Petera Sellersa, porzuciła Pani swoje poukładane życie, ojczyznę i zamieszkała w obcym kraju, nie znając dobrze tamtejszej kultury ani języka. Miłość jest silniejsza niż strach?
MB: Tak to właśnie wygląda, jeśli chodzi o połączenie miłości i strachu, któreś z tych stanów emocjonalnych z reguły dominuje. Ja bardzo dawno temu zdecydowałam, że miłość to znacznie lepsze uczucie. Właściwie niewiele jest rzeczy, których teraz, jako dojrzała kobieta, się boję.
dlalejdis.pl: Dzieli się Pani z czytelnikami wieloma przepisami kulinarnymi, a czy zdradzi nam Pani przepis na udane małżeństwo?
MB: Trzeba kochać tę drugą osobę bardziej niż siebie. Każdego dnia musimy zwracać uwagę na to, co niewłaściwego my robimy, jakie błędy my popełniamy, a nie nasz partner. Pokora jest bardzo ważna.
dlalejdis.pl: Przyjaciółka Milena powiedziała o Pani: „Ty będziesz spokojna nawet w piekle, zaczniesz tam gotować, piec i zmieniać wystrój wnętrza. Sama jesteś swoim własnym spokojem”. Skąd u Pani takie pokłady spokoju?
MB: Nie wiem. Może fakt, że dorastałam w klasztorze tak na mnie wpłynął? Zawsze byłam cierpliwa i spokojna, to chyba cecha mojego charakteru.
dlalejdis.pl: Dobrze Pani wspomina ten okres kształcenia się w szkole przyklasztornej?
MB: Tak. To na pewno nie były smutne czasy. Owszem pojawiały się jakieś problemy, strachy, lęki, samotność, ale wydaje mi się, że czegoś takiego doświadcza każde dziecko.
dlalejdis.pl: Chou-Chou – tak na Panią zaczął mówić mąż, a następnie przyjaciele. Zdradzi nam Pani skąd się wzięło to określenie i co oznacza?
MB: To prawda, mój mąż Fernando mnie tak nazwał. Na kilka tygodni przed naszym ślubem, podróżowaliśmy po południowej części Francji, miałam tam jakąś pracę do wykonania, było upalnie, miałam bardzo długie włosy i szukaliśmy ozdobnej klamerki, by je spiąć. A taka spinka ozdobna często wygląda jak główka kapusty. Chou to po francusku kapusta i stąd to określenie. Kiedy się ten wyraz przetłumaczy na włoski, to przestaje tak pięknie brzmieć, więc pozostaliśmy przy francuskim (śmiech).
dlalejdis.pl: Czuje się Pani teraz bardziej Włoszką, czy Amerykanką?
MB: Ani jedno, ani drugie. Nigdy nie czułam się Amerykanką i w tej chwili też się nie czuję. Po części, dlatego że do USA przyjechałam, kiedy miałam 17 lat. Nie uważam się także za Włoszkę. Trudno mi powiedzieć kim się czuję, jakiej narodowości osobą. Po prostu staram się czerpać dobro z tego, co mnie otacza i cieszyć się tym.
dlalejdis.pl: Wyznała Pani, że portrety ludzi ukazanych w książkach są prawdziwe. Czy zdarzyło się, że któraś z opisanych przez Panią osób pogniewała się albo zażądała usunięcia wzmianki o niej, mimo że opisuje Pani świat i ludzi w pozytywnym świetle?
MB: Nie, bo nigdy nie używam prawdziwych imion i nazwisk. Chronię prywatność tych wszystkich osób, za wyjątkiem swojej własnej. Dlatego nie miałam żadnych kłopotów czy zażaleń, wręcz przeciwnie ludzie mówią – czemu nie opisałaś jeszcze tego, powinnaś napisać to czy tamto (śmiech).
dlalejdis.pl: Po lekturze Pani książki „Smaki południowej Italii”, mam wrażenie, że wiele mnie łączy z Sycylijczykami, bo podobnie, jak oni mam „niesłychany pociąg do objadania się słodyczami”.
MB: Na Sycylii są wspaniałe słodycze. Mają taki pełny, złożony smak, wzbogacony owocami, orzechami, różnymi alkoholami, głównie dzięki wpływom arabskim, utrzymującym się przez ponad 200 lat. Najsmaczniejsze ciastka, słodycze, jakie w ogóle w tym wszechświecie występują są w mieście Palermo, a najsłynniejszy deser cassata siciliana to po prostu barokowe dzieło sztuki, jest tak piękne, że właściwie aż szkoda je zjeść. Zresztą tamtejsze lody to też absolutne mistrzostwo świata!
dlalejdis.pl: Wydaje mi się, że Włosi zamiast ciasteczek wolą kiełbasę? Nie sądziłam, że są aż takimi mięsożercami.
MB: We Włoszech występuje wiele różnych filozofii odnośnie odżywiania, istnieje też duża społeczność wegetarian. Ogólnie rzecz ujmując dieta śródziemnomorska w bardzo niewielkim stopniu bazuje na mięsie. Zresztą włoska piramida żywieniowa jest odwrócona, w górnej części występują warzywa, owoce, potem zboża, chleb, sery, a dopiero na samym dole plasuje się mięso. Natomiast na wszystkich poziomach przewija się oliwa. Od czasu do czasu zjada się bardzo dużo mięsa, ale nie na co dzień.
dlalejdis.pl: Jaką potrawę albo napój poleciłaby Pani, by przegnać jesienną chandrę?
MB: Poleciłabymm by wybrać się do lasu na spacer, nazbierać wspaniałych ziół. Chyba należałoby się spytać jakiejś mądrzejszej osoby niż mnie o tego rodzaju potrawę (śmiech).
dlalejdis.pl: A Pani remedium na chandrę, to...
MB: Ja nie mam chandry ani jesienią, ani wiosną. Nie jestem tego typu osobą. Noszę w sobie pewien element melancholii, który właściwie nigdy mnie nie opuszcza. Jednak wydaje mi się, że występuje istotna różnica między tymi pojęciami, bo melancholia nie przeszkadza mi w taki naturalny i niezmienny sposób ekscytować się wszystkim, co się dzieje dookoła, nawet padającym za oknem deszczem.
dlalejdis.pl: Czy pracuje Pani już nad kolejną książką?
MB: Właściwie to jestem już w połowie drogi, ku ukończeniu następnej książki. Trudnej książki, opowiadającej o czterech pokoleniach kobiet w Toskanii. Wprowadzam siedem bohaterek o dużej rozpiętości wiekowej. W momencie, kiedy zaczynamy czytać tę książkę, to najstarsza ma 83 lata, a najmłodsza 18.
dlalejdis.pl: Którąś z tych kobiet czytelnicy mieli już okazję poznać podczas „Tysiąca dni w Toskanii”?
MB: Nie. Wprowadziłam całkowicie nową obsadę bohaterów, tak to można ująć. Kobieta, której poświęcam najwięcej uwagi ma na imię Lawinia, sporo piszę też o jej najstarszej córce. Właściwie tylko ich losy opisuję szczegółowo, ponieważ gdybym miała z taką dokładnością opowiadać o wszystkich postaciach, to powstałby tom, tak obszerny, jak „Wojna i pokój” (śmiech).
dlalejdis.pl: Planuje Pani kolejne podróże? W dalszym ciągu będzie Pani podbijać piękną Italię, czy może spróbuje Pani smaków innych krajów?
MB: My oboje z mężem jesteśmy takimi wagabundami, ale nie chodzi nam tylko o eksplorowanie różnic kulturowych czy kulinarnych, jesteśmy po prostu bardzo ciekawi świata. Natomiast wydaje mi się, że aktualnie jestem we właściwym miejscu, więc dalsze poznawanie świata tak, ale tylko dla czystej przyjemności. Mam nadzieję, że w przyszłości czeka nas jeszcze wiele przystanków w naszej podróży.
dlalejdis.pl: Wnioskuję, że nierozerwalnie połączyła się Pani nie tylko z Włochem, ale i jego ojczyzną.
MB: Tak. Razem z mężem będziemy mieszkali we Włoszech, ale prawdopodobnie w innym regionie, bardziej na północy, niedaleko granicy z Francją i Szwajcarią. Chociaż, nigdy nic nie wiadomo. A może na stałe zadomowimy się w apartamencie w Polsce? (śmiech).
dlalejdis.pl: Zwłaszcza, że trochę Pani już Polskę zna. Mając 7-8 lat pierwszy raz zwiedzała Pani Kraków. W tym roku odwiedziła Pani ponownie to miasto. Jak według Pani się ono zmieniło na przestrzeni tych lat?
MB: Byłam wtedy małą dziewczynką i niewiele poza kościołem Mariackim pamiętam. Towarzyszyłam różnym osobom, które przybyły do Krakowa w celach biznesowych, ciągali mnie gdzieś ze sobą, dlatego nie mam takich jasnych czy klarownych wspomnień. Jednak, kiedy przybyłam do Krakowa kilka miesięcy temu, to na pewno nie czułam się, jak w obcym mieście, może dlatego że od początku dobrze się tam czułam.
dlalejdis.pl: Próbowała Pani jakiejś potrawy charakterystycznej dla polskiej kuchni?
MB: Mam takie jedno wspaniałe doświadczenie. Kiedy zostałam zaproszona do domu moich znajomych, poznałam prawdziwą polską kuchnię, posmakowałam jak ludzie na co dzień jedzą. Oczywiście w restauracji też skosztowałam kilku pysznych potraw. W polskiej kuchni występują takie silne i bardzo złożone smaki, jest autentyczna, dzięki czemu ma się wrażenie, że spożywa się te same potrawy, które jedli przodkowie, co niesłychanie przemawia do wyobraźni.
dlalejdis.pl: Skoro zasmakowała Pani polska kuchnia, to oznacza, że wkrótce nas Pani odwiedzi...
MB: Oczywiście. Będę przyjeżdżała tak często, jak tylko będę mogła. A Pani przyjdzie ze mną porozmawiać?!
dlalejdis.pl: Na pewno przyjdę. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Marlena de Blasi – dziennikarka, krytyk kulinarny, autorka bestsellerowych książek: „Tysiąc dni w Wenecji”, „Tysiąc dni w Toskanii”, „Tysiąc dni w Orvieto”, w tym także kulinarnych: „Smaki południowej Italii”. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka wraz z mężem Fernando we Włoszech.
Fot. Fernando de Blasi
Udając się na spotkanie z pisarką i kucharką Marleną de Blasi, spodziewałam się osoby o wyglądzie gospodyni domowej. Nic bardziej mylnego. Zjawiła się barokowa, piękna, dojrzała kobieta z burzą rudobrązowych włosów okalających wyraziste rysy twarzy, podkreślone mocnym makijażem. I znowu spróbowała podświadomie ją zaszufladkować, przypisując dominującą osobowość. Tymczasem przemówiła do mnie najłagodniejszym, najdelikatniejszym i najspokojniejszym głosem, jaki kiedykolwiek w życiu słyszałam. Rozmawiałyśmy o miłości, strachu, łóżku, Italii, książkach, jedzeniu, mafii i... zakonnicach.
dlalejdis.pl: „W życiu ważne są tylko stół i łóżko. Wszystkie inne sprawy załatwiamy tylko po to, by wrócić do łóżka” – powiedział Pani przyjaciel Barlozzo. I nic więcej nie ma znaczenia...
Marlena de Blasi: Ani on, ani ja nie mówimy, że poza tymi dwoma rzeczami nic ważnego w życiu już się nie liczy. Chodzi jedynie o to, że niezależnie od tego, czym się zajmujemy, te wszystkie czynności i tak w końcu nas doprowadzają albo do łóżka, albo do stołu. Ponieważ w tych miejscach nabieramy sił, odświeżamy się, regenerujemy, by móc...żyć.
dlalejdis.pl: Kiedy odkryła Pani swoją miłość do kuchni?
MB: Nie mam takich wspomnień, żebym nie gotowała. Musiałam zacząć we wczesnym dzieciństwie, bo na pewnym zdjęciu zostałam uwieczniona, jak w wieku 4 lat robię chleb w szkole razem z zakonnicami.
dlalejdis.pl: W najnowszej książce „Smaki południowej Italii” ukazuje Pani specyfikę kuchni poszczególnych regionów południowych Włoch. Pani ulubiona część Włoch pod względem kulinarnym, to...
MB: Zawsze trudno mi odpowiadać na pytania typu: ulubione danie, ulubiony region, dlatego że uzależnione jest to od pory dnia, roku, jakiegoś momentu w czasie. Gdybym jednak faktycznie musiała, to wybrałabym Toskanię, ale mówię tutaj o takich prawdziwych daniach toskańskich, a nie o kuchni turystycznej serwującej spaghetti po bolońsku dla niewybrednych podróżnych. Tamtejsza kuchnia właściwie w całości opiera się na sezonowych produktach, wszystkie posiłki związane są z tym, co w danym okresie dojrzewa. Mieszkając na wsi, wśród rolników, spożywa się owoce natury. Takie życie jest piękne, bo pozwala odkryć cykliczność pewnych zdarzeń w roku. Zawsze o tej samej porze ścina się winogrona, kiedy są dojrzałe, a potem świętuje. Cała toskańska filozofia życia związana jest z ziemią.
dlalejdis.pl: Powiedziała Pani, że: „Kiedy przygotowujemy potrawę regionalną, równie ważne, jak przepis jest szczere zainteresowanie historią i charakterem kraju”. Pani wiedza o opisywanych regionach, miastach, wsiach jest godna podziwu. Skąd Pani ją czerpie? Książki historyczne nie zdradzą przecież, kto może zostać portierem w neapolitańskiej kamienicy...
MB: Bez historii jedzenie ma charakter wyłącznie odżywczy. Spożywając jakąś potrawę, wchłaniamy zarazem historię jej powstawania. Pozyskuję te opowieści dzięki hojności i szczodrości ludzi. W momencie, kiedy zadaję ludziom pytania o przeszłość, to widzę, jak rozświetlają im się oczy. Zwłaszcza osoby starsze bardzo lubią rozmawiać o dawnych czasach, powrót do przeszłości sprawia im ogromną radość.
dlalejdis.pl: A propos Neapolu. Po mrocznej książce Roberto Saviano „Gomorra” miasto to kojarzy się bardziej z mafią niż smacznymi potrawami. Tymczasem Pani zdradza czytelnikom jego podwójne oblicze: „Neapol to kochanek-złoczyńca, któremu choćby na jedną noc trzeba za wszelką cenę się oddać”...
MB: Bardzo cieszę się, że pani zadała to pytanie, bo niewiele osób, które przeczytały tę książkę dokonuje połączenia tych tematów, zagadnień. Prawdziwy Neapol funkcjonuje na dwóch poziomach, ale trzeba je poznać samodzielnie, bez żadnego przewodnika. Z jednej strony będzie się oczarowanym zarówno fizycznym pięknem miasta, jak i uprzejmością ludzi, a z drugiej na pewno stanie się świadkiem sytuacji wywołujących strach. Neapolitańczyk potrafi ukraść ci portfel, jednocześnie sławiąc twoją urodę i mówiąc jaka jesteś wspaniała. Neapol to miasto brutalne, ale pełne uroku. Na pewno istnieje tam jakiś rodzaj mafii, podobnie jak w Kalabrii czy na Sycylii, różnie się tylko nazywają. Ja dogłębnie eksplorowałam tę kwestię podczas mojej pracy i doszłam do wniosku, że to państwo, rząd włoski bardzo dawno temu stworzył mafię. Także Amerykanie, którzy przybyli do Włoch po II wojnie światowej pomogli w kreowaniu przestępstwa, rozprzestrzenianiu się mafii na Sycylii. Mafia w Neapolu jest tak dalece zakorzeniona, że chyba niestety zawsze tam będzie istniała. Niemniej jednak warto to miasto poznać!
dlalejdis.pl: Aż nasuwa się powiedzenie: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”. Wyzwanie dla śmiałków. Ale przecież Pani odwagi zdecydowanie nie brakuje! Z miłością do poznanego w Wenecji mężczyzny, przypominającego wyglądem Petera Sellersa, porzuciła Pani swoje poukładane życie, ojczyznę i zamieszkała w obcym kraju, nie znając dobrze tamtejszej kultury ani języka. Miłość jest silniejsza niż strach?
MB: Tak to właśnie wygląda, jeśli chodzi o połączenie miłości i strachu, któreś z tych stanów emocjonalnych z reguły dominuje. Ja bardzo dawno temu zdecydowałam, że miłość to znacznie lepsze uczucie. Właściwie niewiele jest rzeczy, których teraz, jako dojrzała kobieta, się boję.
dlalejdis.pl: Dzieli się Pani z czytelnikami wieloma przepisami kulinarnymi, a czy zdradzi nam Pani przepis na udane małżeństwo?
MB: Trzeba kochać tę drugą osobę bardziej niż siebie. Każdego dnia musimy zwracać uwagę na to, co niewłaściwego my robimy, jakie błędy my popełniamy, a nie nasz partner. Pokora jest bardzo ważna.
dlalejdis.pl: Przyjaciółka Milena powiedziała o Pani: „Ty będziesz spokojna nawet w piekle, zaczniesz tam gotować, piec i zmieniać wystrój wnętrza. Sama jesteś swoim własnym spokojem”. Skąd u Pani takie pokłady spokoju?
MB: Nie wiem. Może fakt, że dorastałam w klasztorze tak na mnie wpłynął? Zawsze byłam cierpliwa i spokojna, to chyba cecha mojego charakteru.
dlalejdis.pl: Dobrze Pani wspomina ten okres kształcenia się w szkole przyklasztornej?
MB: Tak. To na pewno nie były smutne czasy. Owszem pojawiały się jakieś problemy, strachy, lęki, samotność, ale wydaje mi się, że czegoś takiego doświadcza każde dziecko.
dlalejdis.pl: Chou-Chou – tak na Panią zaczął mówić mąż, a następnie przyjaciele. Zdradzi nam Pani skąd się wzięło to określenie i co oznacza?
MB: To prawda, mój mąż Fernando mnie tak nazwał. Na kilka tygodni przed naszym ślubem, podróżowaliśmy po południowej części Francji, miałam tam jakąś pracę do wykonania, było upalnie, miałam bardzo długie włosy i szukaliśmy ozdobnej klamerki, by je spiąć. A taka spinka ozdobna często wygląda jak główka kapusty. Chou to po francusku kapusta i stąd to określenie. Kiedy się ten wyraz przetłumaczy na włoski, to przestaje tak pięknie brzmieć, więc pozostaliśmy przy francuskim (śmiech).
dlalejdis.pl: Czuje się Pani teraz bardziej Włoszką, czy Amerykanką?
MB: Ani jedno, ani drugie. Nigdy nie czułam się Amerykanką i w tej chwili też się nie czuję. Po części, dlatego że do USA przyjechałam, kiedy miałam 17 lat. Nie uważam się także za Włoszkę. Trudno mi powiedzieć kim się czuję, jakiej narodowości osobą. Po prostu staram się czerpać dobro z tego, co mnie otacza i cieszyć się tym.
dlalejdis.pl: Wyznała Pani, że portrety ludzi ukazanych w książkach są prawdziwe. Czy zdarzyło się, że któraś z opisanych przez Panią osób pogniewała się albo zażądała usunięcia wzmianki o niej, mimo że opisuje Pani świat i ludzi w pozytywnym świetle?
MB: Nie, bo nigdy nie używam prawdziwych imion i nazwisk. Chronię prywatność tych wszystkich osób, za wyjątkiem swojej własnej. Dlatego nie miałam żadnych kłopotów czy zażaleń, wręcz przeciwnie ludzie mówią – czemu nie opisałaś jeszcze tego, powinnaś napisać to czy tamto (śmiech).
dlalejdis.pl: Po lekturze Pani książki „Smaki południowej Italii”, mam wrażenie, że wiele mnie łączy z Sycylijczykami, bo podobnie, jak oni mam „niesłychany pociąg do objadania się słodyczami”.
MB: Na Sycylii są wspaniałe słodycze. Mają taki pełny, złożony smak, wzbogacony owocami, orzechami, różnymi alkoholami, głównie dzięki wpływom arabskim, utrzymującym się przez ponad 200 lat. Najsmaczniejsze ciastka, słodycze, jakie w ogóle w tym wszechświecie występują są w mieście Palermo, a najsłynniejszy deser cassata siciliana to po prostu barokowe dzieło sztuki, jest tak piękne, że właściwie aż szkoda je zjeść. Zresztą tamtejsze lody to też absolutne mistrzostwo świata!
dlalejdis.pl: Wydaje mi się, że Włosi zamiast ciasteczek wolą kiełbasę? Nie sądziłam, że są aż takimi mięsożercami.
MB: We Włoszech występuje wiele różnych filozofii odnośnie odżywiania, istnieje też duża społeczność wegetarian. Ogólnie rzecz ujmując dieta śródziemnomorska w bardzo niewielkim stopniu bazuje na mięsie. Zresztą włoska piramida żywieniowa jest odwrócona, w górnej części występują warzywa, owoce, potem zboża, chleb, sery, a dopiero na samym dole plasuje się mięso. Natomiast na wszystkich poziomach przewija się oliwa. Od czasu do czasu zjada się bardzo dużo mięsa, ale nie na co dzień.
dlalejdis.pl: Jaką potrawę albo napój poleciłaby Pani, by przegnać jesienną chandrę?
MB: Poleciłabymm by wybrać się do lasu na spacer, nazbierać wspaniałych ziół. Chyba należałoby się spytać jakiejś mądrzejszej osoby niż mnie o tego rodzaju potrawę (śmiech).
dlalejdis.pl: A Pani remedium na chandrę, to...
MB: Ja nie mam chandry ani jesienią, ani wiosną. Nie jestem tego typu osobą. Noszę w sobie pewien element melancholii, który właściwie nigdy mnie nie opuszcza. Jednak wydaje mi się, że występuje istotna różnica między tymi pojęciami, bo melancholia nie przeszkadza mi w taki naturalny i niezmienny sposób ekscytować się wszystkim, co się dzieje dookoła, nawet padającym za oknem deszczem.
dlalejdis.pl: Czy pracuje Pani już nad kolejną książką?
MB: Właściwie to jestem już w połowie drogi, ku ukończeniu następnej książki. Trudnej książki, opowiadającej o czterech pokoleniach kobiet w Toskanii. Wprowadzam siedem bohaterek o dużej rozpiętości wiekowej. W momencie, kiedy zaczynamy czytać tę książkę, to najstarsza ma 83 lata, a najmłodsza 18.
dlalejdis.pl: Którąś z tych kobiet czytelnicy mieli już okazję poznać podczas „Tysiąca dni w Toskanii”?
MB: Nie. Wprowadziłam całkowicie nową obsadę bohaterów, tak to można ująć. Kobieta, której poświęcam najwięcej uwagi ma na imię Lawinia, sporo piszę też o jej najstarszej córce. Właściwie tylko ich losy opisuję szczegółowo, ponieważ gdybym miała z taką dokładnością opowiadać o wszystkich postaciach, to powstałby tom, tak obszerny, jak „Wojna i pokój” (śmiech).
dlalejdis.pl: Planuje Pani kolejne podróże? W dalszym ciągu będzie Pani podbijać piękną Italię, czy może spróbuje Pani smaków innych krajów?
MB: My oboje z mężem jesteśmy takimi wagabundami, ale nie chodzi nam tylko o eksplorowanie różnic kulturowych czy kulinarnych, jesteśmy po prostu bardzo ciekawi świata. Natomiast wydaje mi się, że aktualnie jestem we właściwym miejscu, więc dalsze poznawanie świata tak, ale tylko dla czystej przyjemności. Mam nadzieję, że w przyszłości czeka nas jeszcze wiele przystanków w naszej podróży.
dlalejdis.pl: Wnioskuję, że nierozerwalnie połączyła się Pani nie tylko z Włochem, ale i jego ojczyzną.
MB: Tak. Razem z mężem będziemy mieszkali we Włoszech, ale prawdopodobnie w innym regionie, bardziej na północy, niedaleko granicy z Francją i Szwajcarią. Chociaż, nigdy nic nie wiadomo. A może na stałe zadomowimy się w apartamencie w Polsce? (śmiech).
dlalejdis.pl: Zwłaszcza, że trochę Pani już Polskę zna. Mając 7-8 lat pierwszy raz zwiedzała Pani Kraków. W tym roku odwiedziła Pani ponownie to miasto. Jak według Pani się ono zmieniło na przestrzeni tych lat?
MB: Byłam wtedy małą dziewczynką i niewiele poza kościołem Mariackim pamiętam. Towarzyszyłam różnym osobom, które przybyły do Krakowa w celach biznesowych, ciągali mnie gdzieś ze sobą, dlatego nie mam takich jasnych czy klarownych wspomnień. Jednak, kiedy przybyłam do Krakowa kilka miesięcy temu, to na pewno nie czułam się, jak w obcym mieście, może dlatego że od początku dobrze się tam czułam.
dlalejdis.pl: Próbowała Pani jakiejś potrawy charakterystycznej dla polskiej kuchni?
MB: Mam takie jedno wspaniałe doświadczenie. Kiedy zostałam zaproszona do domu moich znajomych, poznałam prawdziwą polską kuchnię, posmakowałam jak ludzie na co dzień jedzą. Oczywiście w restauracji też skosztowałam kilku pysznych potraw. W polskiej kuchni występują takie silne i bardzo złożone smaki, jest autentyczna, dzięki czemu ma się wrażenie, że spożywa się te same potrawy, które jedli przodkowie, co niesłychanie przemawia do wyobraźni.
dlalejdis.pl: Skoro zasmakowała Pani polska kuchnia, to oznacza, że wkrótce nas Pani odwiedzi...
MB: Oczywiście. Będę przyjeżdżała tak często, jak tylko będę mogła. A Pani przyjdzie ze mną porozmawiać?!
dlalejdis.pl: Na pewno przyjdę. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Marlena de Blasi – dziennikarka, krytyk kulinarny, autorka bestsellerowych książek: „Tysiąc dni w Wenecji”, „Tysiąc dni w Toskanii”, „Tysiąc dni w Orvieto”, w tym także kulinarnych: „Smaki południowej Italii”. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka wraz z mężem Fernando we Włoszech.
Komentarze