zastaje swoją dziewczynę w łóżku z innym facetem (ona kradnie mu zgromadzone na koncie pieniądze), a do tego wjeżdża swoim skuterem w przypadkową rowerzystkę. Szkoda tylko, że ani przez chwilę nie czuć, że wzbudziło to w nim jakiekolwiek emocje. O tym jak bardzo mu smutno dowiemy się jedynie z żartobliwych pogaduszek przy wódce z Konradem (w tej roli Piotr Adamczyk) i kilku oklepanych pocieszeń, które ten wobec niego wystosuje. Może chodziło o to, żeby film nie wyszedł przyciężki? Tego nie wiem, ale reżyserowi na pewno udało się obrócić wszystko, co przydarzyło się Piotrowi, w banał.
W dalszym ciągu historii nie ma już wielu zaskoczeń – Piotr zakochuje się w rowerzystce Marcie, którą musi do siebie przekonać, w międzyczasie znajduje pracę, odnosi sukces i wtedy oczywiście była dziewczyna chce wrócić, więc bierze się za zrujnowanie związku Piotra i Marty. We wszystkich zmaganiach wspiera go Konrad, którego rolą jest również prowadzenie komicznych dialogów. Nie wiem, jak to możliwe, że ci dwaj aktorzy, którzy świetnie zagrali razem w „Testosteronie” tu na ekranie wypadli tak sztucznie.
Szkoda, że znani i lubiani z serialów „Brzydula” Małgorzata Socha i Tomasz Karolak z „39 i pół”, zagrali w tym filmie. Teraz zamiast pamiętać, jak dobrze się bawiłam, oglądając ich na ekranie telewizora, będę widzieć tylko ich marne wysiłki ze „Śniadania do łóżka”. Bo ich romans nie przekonuje w żaden sposób, a wręcz momentami nudzi.
Jedyne, co budzi w tym filmie dobre skojarzenia, to jedzenie, które wygląda naprawdę efektownie i sprawia, że będziemy żałować, jeśli nie zjedliśmy niczego przed seansem. Niestety, całą sztukę kulinarną skutecznie obrzydza ilość zbliżeń na symbole marek na przyprawach, garnkach czy sprzętach kuchennych. To straszna szkoda, że Krzysztof Lang, zamiast wykazać się w tym, co w „Śniadaniu do łóżka” wyszło mu najlepiej czyli reklamach, wziął się za fabułę. Wiadomo, pieniądze nie śmierdzą, ale w tym filmie noże spadają ze stołu tylko po to, żeby kamera mogła na zbliżeniu pokazać jako to marka. To po prostu żenada.
Wiadomo, po komedii romantycznej nie należy spodziewać się, że poruszy nas jak dzieło Larsa von Triera, ale można chociaż wymagać, żeby za cenę biletu choć kilka razy się roześmiać. Mówi się do trzech razy sztuka, to po „Miłości na wybiegu” była druga romantyczna komedia w reżyserii Langa, mam nadzieję, że ta „sztuka” wystarczy do dwóch razy.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Komentarze