Złość kobiet od zawsze była niewygodna społecznie. Mężczyzna, który się złości, jest „stanowczy”. Kobieta z kolei – „trudna”. Ten podwójny standard sprawia, że wiele z nas nauczyło się tłumić emocje, żeby nie zostać ocenioną, odrzuconą albo uznaną za „zbyt intensywną”.
Złość jednak nie znika, kiedy ją ignorujemy. Ona się kumuluje i wraca – często w najmniej odpowiednim momencie, w formie wybuchu, którego same nie rozumiemy.
Złość nie pojawia się przypadkiem. To emocja, która sygnalizuje, że:
Ta emocja jest jak alarm – nieprzyjemny, ale potrzebny. Gdybyśmy jej nie miały, pozwalałybyśmy innym na wszystko. Złość chroni nas przed tym, co nas rani.
Ważne jest to, że zdrowa złość nie krzyczy, nie obraża i nie niszczy. Zdrowa złość mówi jasno: „to mi nie odpowiada”, „nie zgadzam się”, „potrzebuję inaczej”. Jest komunikatem, który pomaga budować relacje, a nie je burzyć. To złość, która nie wybucha, tylko wyznacza granice.
Tłumiona złość zamienia się w:
Kobiety często mówią: „nie wiem, dlaczego tak mnie to rusza”. A odpowiedź jest prosta – bo zbyt długo ignorowały sygnały, że coś jest nie tak.
Wcale nie chodzi o to, by się złościć częściej. Chodzi o to, by złościć się świadomie. Pomocnymi działaniami są np.: zatrzymanie się na chwilę, nazwanie emocji („jestem zła, bo…”), sprawdzenie, jaka granica została naruszona i powiedzenie o tym spokojnie, ale stanowczo. Kobieca złość może być ważną informacją, która prowadzi do zmiany.
Jak widać, kobieca złość nie jest problemem – jest sygnałem. Mówi o naszych granicach, potrzebach i o tym, co jest dla nas ważne. Kiedy przestajemy ją tłumić, a zaczynamy słuchać, staje się narzędziem, które pomaga nam żyć bardziej świadomie i bardziej po swojemu. Nie musimy być „miłe” kosztem siebie. Możemy być prawdziwe – a prawdziwość czasem ma w sobie odrobinę złości.
Daria Konieczna
Fot. Wygenerowano AI
Komentarze