Zastanówcie się, jaki jest najbardziej klasyczny schemat fabularny horroru. Podpowiem Wam – czteroosobowa amerykańska rodzina wprowadza się do nowego domu na przedmieściach. Niedługo potem zaczynają dziać się tajemnicze rzeczy, które coraz bardziej pogarszają atmosferę między domownikami. Oczywiście dorośli nie wiedzą, co jest tego przyczyną i to właśnie oni jako pierwsi ulegają wpływowi niezidentyfikowanych, złych mocy. Dzieci – obowiązkowo chłopiec i dziewczynka – jako osoby jeszcze niewyprane z wrażliwości i naturalnej ciekawości, starają się przypisać zaistniałą sytuację mocom nadprzyrodzonym. W końcu w spokojnym domu na przedmieściach dochodzi do tragedii...
Brzmi znajomo, prawda? Właściwie „Oculus” nie wyróżniałby się zbytnio wśród innych przedstawicieli gatunku, gdyby nie klika bardzo ciekawych rozwiązań i pomysłów. Przede wszystkim Mike Flanagan i Jeff Howard w wyśmienity sposób zastosowali nałożenie na siebie dwóch płaszczyzn czasowych. Historia sprzed lat przeplata się ze współczesnością, w której Kaylie (Karen Gillan) i Tim (Brenton Thwaites) Russellowie starają się dociec prawdy o tym, co wydarzyło się przed laty w ich domu. Nie ufając własnym wspomnieniom i zastanawiając się, na ile zostały one spreparowane przez „lustro”, chcą poznać prawdę i zawalczyć o dobre imię nieżyjących rodziców. Oczywiście towarzyszą im kamery, masa światła i gadżetów, które jednak nie opierają się działaniu tajemniczych mocy.
W filmie te dwie rzeczywistości, połączone miejscem i bohaterami, nakładają się na siebie, a ich kulminacyjne momenty następują w tej samej chwili, co tylko potęguje poczucie przenikania się czasów. W dużej mierze wytworzenie takiego wrażenia to zasługa bardzo sprawnej pracy kamery, która ujmuje bohaterów w różny sposób, pod różnymi kątami, czasem zasłaniając część obrazu, czasem powoli go odsłaniając. Ten zabieg jest również o tyle ważny, że dzięki niemu tak jak bohaterowie, nie wiemy, co jest prawdą, co urojeniem, a co działaniem sił nadprzyrodzonych. Oczywiście ci, którzy chcieliby widzieć w filmie szczególnie głębokie przesłanie, znajdą powody, by mówić o tym, że lustro odbija prawdziwą naturę bohaterów i tak naprawdę jest tylko katalizatorem, dzięki któremu ujawnia się ukryte zło, jednak taka interpretacja może być zbyt daleko idąca.
„Oculus” to film bardzo dobrze zrealizowany, zaplanowany, unikający absurdów. Bohaterowie nie podejmują typowych dla horrorów decyzji, czytaj: trzymają się razem zamiast osobno sprawdzać kolejne pomieszczenia, tłumaczą, że próbowali zniszczyć lustro, lecz się to nie udało (na wypadek, gdyby ktoś zaczął pytać: „dlaczego nie zniszczyliście go wiele lat wcześniej?”), pamiętają o podstawowych czynnościach życiowych jak jedzenie, picie i toaleta. W ten sposób pokazują, że są świadomi swojego człowieczeństwa i ułomności, co stoi nieco w opozycji do tak lubianej konwencji zwyczajnych super bohaterów, którzy pokonują wszelkie złe moce. Taka doza zwyczajności i prawdopodobieństwa działa na korzyść filmu, tym bardziej, że zakończenie dalekie jest od happy endu.
Jak przystało na rasowy horror, „Oculus” ma przerażać. Osoba, z którą miałam okazję oglądać film, stwierdziła, że powinnam darować sobie piszczenie i chowanie się za torebką, bo inni widzowie zamiast patrzeć na ekran, sprawdzali, kto tak bardzo się boi. Wychodząc z kina, nadal lekko drżałam, a spojrzeć w lustro udało mi się dopiero następnego dnia. Jednak nie żałuję, że obejrzałam ten horror. To naprawdę niezły, bardzo sprawnie zrealizowany film, który udowodnił, że nawet posługując się oklepanymi schematami można stworzyć naprawdę solidne kino. I gdyby tylko chłopiec wypuszczony po 10 latach z zakładu zamkniętego był mniej przypakowany, to dałabym filmowi nawet jedną gwiazdkę więcej.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
„Oculus”, reż. Mike Flanagan, premiera 27 marca
Komentarze