„Pitbull. Nowe porządki” – recenzja

Recenzja książki „Pitbull. Nowe porządki”.
Wielkie pieniądze, pojedynek najgroźniejszych przestępców i najlepszych policjantów, piękne kobiety i zapewnienia o autentyczności – czy to wystarczy, by stworzyć dobry film?

Przed obejrzeniem filmu „Pitbull. Nowe porządki” nie miałam okazji zapoznać się ani z serialem o tym tytule, ani z pierwszą częścią kinowej opowieści o stołecznych policjantach niestrudzenie walczących z lokalnymi „gangusami”, nie czytałam również książek Vegi, opartych na rozmowach z przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości, którzy często w swojej pracy sami balansują na granicy prawa. Podeszłam do historii zawartej w „Pitbullu” jak do każdego innego filmu, który nie stanowi części całej wielkiej produkcji – dzięki temu moja opinia w żaden sposób nie jest zdeterminowana oczekiwaniami, które mogłabym mieć, gdybym była wielką fanką serii. Jednocześnie jako widz czuję się nieco rozczarowana faktem, że film, o którym mówi się tak wiele, nie do końca zasługuje na tak wielki szum. Niewątpliwie za wszechobecnością „Pitbulla” stoi Patryk Vega, który z lubością promuje go jako film od początku do końca autentyczny, w którym nawet dialogi nie są dziełem scenarzysty, ale stanowią odtworzenie słów realnie wypowiedzianych przez osoby będące pierwowzorami filmowych bohaterów. Niestety, ten nadmiar autentyzmu prowadzi do pewnej sztuczności...

„Pitbull. Nowe porządki” to pełna dynamizmu, wciągająca opowieść o młodym policjancie „Majamim” (Piotr Stramowski), który sam wyglądem przypomina członka przestępczej grupy, w nowej placówce, do której zostaje przeniesiony, stara się zyskać aprobatę starych wyjadaczy i wejść z nimi w komitywę po to, by wziąć udział w rozpracowywaniu tzw. „Grupy Mokotowskiej”, zwanej „gangiem obcinaczy palców”, która w bezwzględny sposób stara się zapanować nad podległym sobie regionem. Początkowo ignorowany, szybko zyskuje aprobatę bardziej doświadczonych kolegów, którym przewodzi starszy aspirant Jacek Goc „Gebels” (Andrzej Grabowski). Być może tych dwóch nigdy nie miałoby szansy współpracować, gdyby „Gebels” nie uwierzył, że „Majami” dostał informację od gangstera o pseudonimie „Babcia” (Bogusław Linda) o zbliżających się wielkimi krokami porządkach na Mokotowie. Kolejne wypadki następują po sobie w błyskawicznym tempie...

Niestety, dla osoby, która nie zna historii serialowego Pitbulla i nie czytała książek Vegi, w wielu miejscach film po prostu traci ciągłość. Całości brak jednej, spójnej i wyraźnej historii. Jak dowiedziałam się od partnera, który jest fanem historii z obrazów Vegi i jego książek, główny bohater jest zlepkiem różnych historii poszczególnych policjantów, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich doświadczeniach. Zbyt dużo jest w samym filmie scen, które nie wnoszą właściwie nic nowego do bardzo słabo zarysowanego wątku głównego, tylko raczej zamazują obraz i utrudniają podążanie za logiką wątków. Oczywiście, takie „szarpanie” zapewnia filmowi dynamikę, jednak np. scena na łódce, w której podczas wakacji spotykają się na jeziorze „Majami” i „Babcia”. Gangster pomaga policjantowi dopłynąć do brzegu, nie wywiązuje się żadna strzelanina, nie ma wymiany ostrzeżeń czy oskarżeń – to scena, która nabiera sensu dopiero wtedy, gdy ze źródeł pozaekranowych wie się, że niepisany układ między postaciami mówił o tym, że „wakacje to czas dla rodziny i wtedy nie jesteśmy w pracy”. Podobnych przykładów jest wiele, co bardzo utrudnia odbiór filmu – gdyby do filmu włączono mniej dodatkowych scen, być może całość byłaby bardziej spójna i zrozumiała.

Na szczęście do innych aspektów filmu nie można mieć zbyt wielu zarzutów. Przede wszystkim warto pochwalić duet zbudowany na zasadzie kontrastu – młody, w gorącej wodzie kąpany „Majami” i zmęczony życiem, nieco zblazowany i czekający do emerytury „Gebels” uzupełniają się znakomicie w mistrza i ucznia, bo w zależności od sytuacji te role się odwracają. Nie zawodzi oczywiście naczelny macho polskiego kina, czy Bogusław Linda, choć w moim odczuciu grane przez niego postaci policjantów i gangsterów niewiele się różnią. A może właśnie w ten sposób sugeruje się widzowi, że oba te światy są na tyle blisko związane, że niekiedy nie sposób ich odróżnić? Odrobina komizmu na ekranie to z kolei zasługa Mai Ostaszewskiej, która jako kobieta zabiegająca o względy młodego policjanta stara się w każdy możliwy, czasem bardzo komiczny, sposób przekonać go do siebie. W moim odczuciu nie jest do końca przekonująca w tej roli, jednak sceny z nią to miła odmiana od bądź co bądź brutalnych scen w filmie.

„Pitbull. Nowe porządki” to solidne, dobre kino akcji, jednak bez bardzo dobrej znajomości całej historii trudno do końca zrozumieć obraz Patryka Vegi. Poza tym, choć film aspiruje do miana w pełni autentycznego, trudno oprzeć się wrażeniu, że brakuje w nim właśnie tej prawdziwości, która przez kinową otoczkę atrakcyjności traci swoją moc. Czy w związku z tym wybrać się do kina i wierzyć w to, co widzimy na ekranie? Owszem, można obejrzeć ten film, ale chyba nie trzeba nastawiać się na zbyt wiele.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat