Piwna rewolucja Magdy Gessler

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w Cieszyńskim Browarze Mieszczańskim.
Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. A gdzie kucharz jeden tam… potrawy traktowane fryturą i pleśń na skwarkach.

W drugim odcinku nowego sezonu Kuchennych Rewolucji zapoznano nas z Cieszyńskim Browarem Mieszczańskim, który starał się wykorzystać swoje położenie, proponując gościom nie tylko polskie dania, ale także czeskie (i podług reguły „dla każdego coś dobrego” również inne – m.in. włoskie). Jego właścicielami są 37letni Fryderyk oraz jego 35letnia, bardzo ładna, żona Monika. Niestety, w tematyce gastronomicznej byli (i nadal są –w końcu odcinek był kręcony stosunkowo niedawno) żółtodziobami. W ich lokalu kelnerką, ubraną w ładny, ludowy strój, jest 21letnia Iza, a szefem kuchni (jednocześnie jedynym kucharzem) – 21letni Damian. W „setkach” (czyli nagraniach oko w oko z kamerą) mocno się uzewnętrzniał. Sprawiał wrażenie szczerego i ambitnego, dlatego też jego osobie poświęcę osobny wątek. Póki co, skupię się na restauracji i jej problemach, czyli np. liczbie gości. Okazało się, że jeśli już ktoś zawita w progach browaru, to tylko po to, by coś wypić. Początkowo – owszem – zamawiano pozycje z menu, ale z czasem zła sława rozprzestrzeniła się po mieście, zniechęcając potencjalnych klientów. Do tego lokalizacja restauracji pozostawiała wiele do życzenia. Choć Magda Gessler o tym nie wspomniała, trudno było nie zauważyć, że wejście ginęło w ścianie długiego budynku. Ciężko zatem oczekiwać, że niewidzialny lokal zacznie sam z siebie przynosić dochody. W końcu, podczas rewolucji, musiało dojść do paru poważnych zmian, o których więcej napiszę za chwilę. Zdradzę jednak, że zatrudniono nowego kucharza – „starego wygę” pana Piotra, jednocześnie pozbawiając tytułu szefa kuchni Damiana. Standardowo zmieniono wygląd i wprowadzono zmiany do menu. Nie obeszło się bez utrudnień, np. okłamywania Magdy Gessler odnośnie liczby zatrudnionych kucharzy (i po co oszukiwać, skoro prawda i tak wyszłaby na jaw? Gdzie tu logika?). Śmiesznym, ale także zaskakującym, wydało mi się także to, że właściciel – Fryderyk – szukając nauczyciela dla Damiana w Czechach, korzystał z translatora Google. Przecież wiadomo, jak to mają w zwyczaju tłumaczyć różnego typu translatory – „Kali mówić po polska”. No ale udało się, znaleźli odpowiednią osobę, więc niech im będzie.

Magda Gessler
Prowadząca zawitała w skromnych progach browaru, by skrytykować wszystko, jak leci. Na pierwszy ogień poleciały potrawy – śliwki w boczku, panierowany i smażony żółty ser (który przypomniał mi dzieciństwo i zimowe wyjazdy do Czech na narty) z frytkami, placki z gulaszem (utonęły i rozmiękły w gulaszu, fuj) oraz placki w wersji chrupiącej, czyli monikowej. Niestety, widząc sposób przygotowywania każdej z potraw, można było skrócić całe zamówienie do dwóch słów: „Poproszę tłuszcz”. Wszystko bowiem potraktowane zostało wstrętną, starą (kolor zbyt mocnej herbaty) fryturą. Magda Gessler stwierdziła nawet, że Damian robi ludziom harakiri. Następnie, jak zresztą zawsze, popełniła psychologiczny błąd, wypytując kucharza – czyli podwładnego – o błędy w zarządzaniu jego szefów, oczywiście w ich obecności. Jak można oczekiwać od pracownika składania skarg na pracodawcę, kiedy ten stoi zaraz obok? To jak wypytywać małe, posiniaczone i przerażone dziecko, czy rodzic zrobił mu krzywdę, podczas gdy ten trzyma rękę na jego ramieniu! A wracając do bardziej przyziemnych spraw, czyli w tym wypadku zmiany menu, która także było owocem współpracy z Magdą Gessler, nowe dania przetłumaczono na kilka innych języków, by restauracja stała się bardziej międzynarodowa. Tu pytanie: czy znów użyto translatora, czy może wysilono się trochę bardziej?

Prowadząca była w tym odcinku całkiem wyrozumiała, jak na siebie. Miała dużo sympatii dla ówczesnego szefa kuchni – Damiana. Szkoda tylko, że wypowiadając się o browarze, który przyjechała naprawić, zapomniała jego nazwy. Zanim zaczęła podsumowanie pierwszego dnia, musiała rzucić okiem na menu, które posłużyło za ściągę. Wstyd. Na szczęście sama rewolucja przebiegła pomyślnie. Do menu wprowadzono nowe potrawy, które nadal uwydatniały bliskość Czech, a wnętrze nieco odświeżono. Nie wiem, czy stało się przez to lepsze. Jeśli ktoś liczył na kameralną knajpkę, w której można się napić, z pewnością bardziej odpowiadałby mu poprzedni wystrój. Jeśli jednak to zakochaną parę naszedł mały głód, a picie miało być tylko dodatkiem (chociaż to dziwne w browarze), z pewnością zrewolucjonizowany Cieszyński Browar Mieszczański będzie dla nich odpowiednim miejscem. Na koniec dodam, że potrawy, jakie zaproponowała prowadząca na promocyjną kolację – zupa piwna, kurczak, deser z piwa i kogla mogla – nie urzekły mnie. Alkoholowe wariacje nie wyglądały wcale apetycznie, a kurczak był suchawy. Mogłabym podesłać im moją mamę – ona wie, co to dobry, pieczony kurczak!

Damian
Bohater odcinka. 21letni kucharz, a w zasadzie szef kuchni (który zarządzał sam sobą, bo nikogo więcej nie było), urzekł nas swoją historią. Przedstawił siebie jako osobę z pasją, marzeniami i ambicjami. Poskarżył się, że owe ambicje zabiło w nim szefostwo tnące budżet, odkąd w browarze zabrakło klientów. Wyglądał na szczerego i prawdomównego. Być może tak często o tym, myślał, że sam w to uwierzył, bowiem jego słowa nie miały pokrycia w rzeczywistości. Pięknie mówił – dramatycznie gotował. Podał Magdzie Gessler danie z pleśnią, której nie zauważył, przesmażył kaczkę i robił dużo innych błędów, których kto jak kto, ale kucharz powinien unikać. Jeśli naprawdę przestało mu zależeć, to gdzie podziała się ta ambicja, którą widać było na początku? Na pewno potrafił wzbudzać żal. Po jakimś czasie zaczęło mnie jednak zastanawiać, ile z tego jest prawdą, biorąc pod uwagę fakt, że wszędzie stoją panowie z kamerami? Czy Damian płakał i żalił się z myślą, że patrzy na niego mechaniczne oko? Czy chciał w ten sposób cokolwiek ugrać? Nie chcę być niesprawiedliwa, bo naprawdę wyglądał na uczciwego. Po stracie tytułu szefa kuchni oznajmił, że liczy się wspólny cel, a nie stanowisko. To ładne hasło, ale nieprawdziwe. Kto chciałby spaść o oczko niżej dla idei, w którą i tak przestał wierzyć? Może był za młody. Sam przyznał, że nie potrafi jednocześnie gotować i zarządzać innymi ludźmi, a przecież od tego jest szef. Na wszystko przyjdzie jednak czas. Jeśli gotowanie jest mu pisane, to z pewnością za kilka lat dojdzie do utraconego tytułu ciężką pracą i umiejętnościami. Tego mu życzę. A co do właścicieli – rewolucja w ich lokalu powiodła się. Choć naważyli sobie piwa, wypili je do dna.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. Archiwum TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat