jakie zapewnia najnowszy odcinek Kuchennych Rewolucji.
Lublin – ładne, zielone miasteczko, z pozoru niewinne i niepozorne. Któż mógłby się spodziewać, że gdzieś między dziesiątkami kawiarni i restauracji na Starym Mieście uchowa się pseudo-orientalny bar Orient Express? Choć nie straszył on paskudnym czy sztucznym jedzeniem, a i wnętrze nie było takie złe, klienci przychodzili, chwalili, a po wyjściu nigdy nie wracali. Co było główną przyczyną takiego stanu rzeczy? Wedle starego, znanego każdemu powiedzenia: jak niewiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. I faktycznie, ceny posiłków mroziłyby krew w żyłach nawet najbardziej hojnych i rozrzutnych. Kawałek kurczaka za 30zł? Oj, wstyd! Na szczęście nie trzeba było skreślać ani właściciela – czterdziesto jednoletniego Roberta, ani jego wątpliwej pod względem wykształcenia załogi. W ostatnim momencie zaciągnięto hamulec i zadzwoniono po Magdę Gessler, by ocaliła pociąg przed wykolejeniem.
Wnętrze, wagony, przedziały
Drogo, „zobowiązujące wnętrze”, pleśń, masa mrożonek, nadmierna oszczędność szefa,… – tak, tak, dużo by jeszcze można tych wad wymieniać. Pytanie tylko, po co? Z restauracją nie było aż tak źle. Przybyła pomoc – Magda Gessler – nie skrytykowała wszystkich potraw (posmakowały jej nawet te bezczelnie podgrzewane w mikrofalówce, przez co zastanawiałam się, czy aby nie straciła smaku, jak w starej, dobrej komedii pt. „Skrzydełko czy nóżka?”), a nerki wręcz pochwaliła. Być może jej dobry humor wiązał się z nadchodzącym świętem Halloween. A jeśli nie, to strój z pewnością do niego nawiązywał. Dzień pierwszy – wielka, biała szata ducha, dzień drugi – kolejna, tym razem czarna, szata czarownicy, dzień ostatni – kolorowa, przerażająco-szydercza suknia clowna. Ale dziś nie o tym. Na dzień dobry prowadząca dostała propozycję podania drinka z wódką – Morderstwa w Orient Expressie – ale nie dość, że niechętnie tę ofertę skomentowała, to jeszcze sama była bliska popełnienia morderstwa. Miała za to ochotę na wino, którego zabrakło. Nie ma klientów – nie ma win, prosta sprawa.
Niespełnione oczekiwania skutecznie maskowała jedna z kelnerek, która miała w zwyczaju ubierać się w stylu lat 30. (za co później została pochwalona). Patrząc na nią miało się uczucie przeniesienia w czasie, powrotu do przeszłości. To miłe. W ogóle jeśli chodzi o prezentowanie się ekipy, trzeba im przyznać, że wszyscy mieli klasę. Nic dziwnego, że w odcinku ani razu nie padły znane i lubiane słowa „nie wiem, czy uda mi się to naprawić”. Od razu wiadomo było, jak przebiegnie ta rewolucja. Chętna i entuzjastyczna załoga, maleńkie poprawki do wykonania, tłumy wygłodniałych ludzi na zewnątrz – czy mogłoby pójść źle?
Jak dodawanie plusów i minusów wychodzi na plus
Ekipa dostała rozporządzenia. Właściciel Robert miał zapoznać się z historią Orient Expressu (Co to jest? Dlaczego?) oraz zacząć bardziej uczestniczyć w życiu swojego pociągu, nowa kelnerka musiała poznać kartę i składniki dań, a kucharze nadrobić braki w swej kulinarnej wiedzy dzięki nowo zatrudnionemu szefowi kuchni – trzydziestopięcioletniemu Tomkowi z dziewiętnastoletnim stażem pracy. Dodatkowo Magda Gessler podała pomysł na nową dyscyplinę olimpijską – rzut pierogiem ze szpinakiem – którą w razie niepowodzenia restauracji będzie można rozpropagować i zarobić jakieś pieniądze. A póki co trzeba było skupić się na gotowaniu, a konkretniej opracowywaniu nowego, orientalno-przedwojennego menu oraz przyrządzaniu menu bez promocyjnych i fałszywej zupy z żółwia (zawierającej w rzeczywistości ozory) na kolację dla gości. Zwieńczeniem tego wieczoru okazał się warstwowy, kolorowy deser, który skutecznie przekonał gości do ponownych odwiedzin.
Czy Magda Gessler była w pełni zadowolona po powrocie? Nie, ale to nie ma znaczenia, bo i tak miejsce poleciła. Włożyła w nie w końcu wiele serca. Wnętrza, które i tak były ładne, udekorowała wielkimi lustrami, walizkami, starym zegarem dworcowym i obrazkiem przedstawiającym prawdziwy Orient Express. W kucharzy tchnęła chęć edukacji i nadrabiania wiedzy, której nie mogli uzyskać w technikum samochodowym. Czy po takim poświęceniu i tylu pokładanych nadziejach, mogłaby nie pochwalić efektu i nie polecić miejsca szerszej publiczności? Na to pytanie nie trzeba odpowiadać. Do Orient Expressu warto się bowiem udać nie ze względu na Magdę Gessler, na zabytki Lublina czy ze zwykłej ludzkiej potrzeby zaspokojenia głodu. Dobrze wybrać to miejsce, bo w końcu jak często ma się okazję spróbować żółwiowej zupy bez żółwia? Nasze życie jest jak przejażdżka pociągiem – ale zanim wysiądziemy, mamy tyle do spróbowania!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. Plan programu "Kuchenne rewolucje"Restauracja Orient Express w Lublinie28.06.2012 fot.: TVN/Cezary Piwowarski Na zdjeciu:Magda Gessler
Komentarze