Aaron Schneider może i nie jest najbardziej znanym z reżyserów, jakich szeroki wachlarz ma do zaoferowania Hollywood, ale stanowczo jego obrazy zasługują na uwagę, podobnie jak „Two soldiers” w roku 2004 zasługiwało na Oscara.
Bohaterem filmu „Aż po grób” jest pustelnik Felix Bush (Robert Duvall), który skutecznie przez dekady odgradzał sie od społeczności pobliskiego miasteczka. Starszy jegomość postanowił urządzić sobie stypę za życia i za pośrednictwem biura pogrzebowego stara się osiągnąć swój cel. Początek wieku XX oraz niechęć społeczności nie ułatwiają zadania jemu oraz dwóm dżentelmenom, którzy mu pomagają – jako Frank Quinn, dyrektor zakładu pogrzebowego Bill Murray oraz Lucas Black jako jego pomocnik - Buddy. Historia wydaje się z początku prosta i nieskomplikowana, ale z czasem nabiera głębi.
Po gwiazdorskiej obsadzie można spodziewać się naprawdę dobrego kina i nie pomylimy się. Pomimo, że po połowie można przewidzieć końcówkę filmu, to jednak narracja reżyserska nie pozwala nam się znudzić opowieścią, trzyma nas w zaciekawieniu do ostatniej kluczowej frazy wypowiedzianej przez Pana Busha. Postacie wykreowane przez aktorów są wyraziste i niewątpliwie angażują emocjonalnie widzów. Szczególnie urzekają postacie głównego bohatera i Franka Quinna.
Historia jest nie tyle banalna, co bardzo realna, ponadczasowa. Może wydawać się nieatrakcyjna, ale jakby przyjrzeć się głębiej, nie jest oderwana od rzeczywistości i tak na dobrą sprawę każdy z nas mógłby być bohaterem opowieści Aarona Schneidera. Kluczem do niezwykłości obrazu filmowego jest narrator, który w przypadku „Aż po grób” jest niezwykły i indywidualizuje opowieść, nadając jej rumieńców.
Na wielką uwagę zasługuje udźwiękowienie, które nie dość że genialnie nastraja i wprowadza w niewiadome zaułki tajemnicy Felixa Busha, jak i przenosi nas w epokę, odtwarzając utwory takich zespołów jak choćby The Ink Spots. Zdecydowanie muzyka buduję tutaj wielki klimat, w mojej skromnej ocenie odgrywa równie dużą role co udźwiękowienie „Drogi do zatracenia” czy „Awiator”.
Trudno jest mówić o tym filmie, nie zdradzając istotnych elementów fabuły, które dodają mu smaku i wyrazistości. Ze swojej pozycji mogę powiedzieć, że jest to film, który był wart tego, by wydać na niego pieniądze i pójść do kina – co w obecnej chwili nie jest takie pospolite. Mamy do czynienia z dobrym kinem. Nie wybitnym, ale dobrym, które skłania do przemyślenia i nie kończy się na napisach The end. Wychodzi z sali kinowej wraz z widzem.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
Komentarze