Reżyser „Prometeusza” to postać, bez której obecny obraz Si-Fi nie byłby pełny. Fabuła filmu dotyczy wydarzeń sprzed tragicznych wydarzeń na Nostromo, gdzie ujawniła się bezimienna rasa obcych niosącą zagładę wszystkim i wszystkiemu. Jednak różnica pomiędzy filmami jest znaczna. Losy Ripley opisują, jak z kosmicznych jaj nieznany twór bez początku przynosi zagładę, w „Prometeuszu” dostajemy początek i pytania odnośnie początku nas samych. Esencją opowieści jest grupa naukowców wyruszająca na odległy księżyc w poszukiwania początków ludzkości i odpowiedzi o nasze przeznaczenie.
Na pierwszy rzut oka, oprócz zapierających dech efektów specjalnych, nie dostajemy nic, co mogłoby wynieść „Prometeusza” na granice ubóstwienia przez widzów, ale tylko na pierwszy rzut oka. Z oficjalnych zapowiedzi wiemy, że mamy do czynienia dopiero z pierwszą częścią planowanej trylogii, więc nie ma mowy o fajerkach - cała opowieść jak wino musi dojrzeć. Niektórzy zarzucą sztampowość, ale tutaj chodzi o wszystko, co dzieje się poza nagłymi i nieoczekiwanymi zgonami, o niuansiki, drobne frazy rozbudzające świadomość widza - w tym Ridley Scott jest mistrzem. Pytania o jestestwo, o Boga w sytuacji, gdy nasze początki okazują się inne od zakładanych, o inne światy nie są ogólnodostępne. Trzeba je wyciągać i zmuszać szare komórki do interpretacji. Może i reżyser popełnia te same błędy, co w „Łowcy Androidów”, ale winić go za to nie będę.
„Prometeusz” nie jest filmem genialnym, jest otwartą bramą, która ma rozbudzić w nas ciekawość kolejnej opowieści z odpowiedziami i pytaniami. Nie można oczekiwać i spodziewać się niczego więcej od twórcy tej klasy, z zapowiedzią kolejnych części. Oczywiście, zdarzają się logiczne bzdurki, ale nie zamazują tła bardzo ciekawej opowieści. Idealne rozpoczęcie serii Obcy, dające nowe życie Ellen Ripley i jej zmaganiom.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
„Prometeusz”, reż. Ridley Scott, 2012 USA
Komentarze