Po „Niezniszczalnych” widz miał nadzieję na przełom, na prześwit dobrego europejskiego kina. Niestety, to, co następuję później jest groteskową czarną dziurą katującą odbiorcę nieszczęściem bycia. Film „Przychodzi facet do lekarza” we Francji obejrzało ponoć 6 milionów ludzi, więcej niż „Hobbita”. Statystyka jednoznacznie stwierdza, że część widzów powinna mieć dożywotni zakaz chodzenia do kina. Dokładnie to samo tyczy się Polaków, którzy poszli na „Kac Wawa”.
Film opowiada o wieloletniej relacji lekarza Dimitria Zvenka i jego pacjenta Romaina Fauberta, cierpiącego na hipochondrię. Relacja dziwna i długoletnia, ale wydaje się, że nadchodzi przełom, bo doktor Zvenk postanawia wyleczyć swojego pacjenta przez kontakty z ludźmi, szczególnie z kobietami. Niestety, sprawa się gmatwa, gdy w tle pojawia się rewolucjonista ze słowiańskiej części Europy. Dodatkowo do gry postanawia wkroczyć siostra doktora Anna.
Możliwe, że Francuzi reagują na komedię tego typu, jak Polacy na „Killera”, ale widz chyba powinien wychwycić jakieś śmieszne niuansiki. Smaczki, które rozbawiają. Ale nie, w zamian dostajemy prawie dwie godziny dramatu, który musimy oglądać z kamienną twarzą. Naprawdę momentów śmiesznych trzeba szukać na siłę. Już w zwiastunie, gdzie urywki powinny nas rozpalić i zachęcić do oglądania, nie dzieje się nic, co mogłoby chociaż zaciekawić.
Generalnie naród francuski powinien skoncentrować się na bagietkach, serach i winach, bo filmy nie wychodzą im specjalnie dobrze. Oczywiście zdarzają się perełki, ale kraj z takim potencjałem nie powinien realizować ich okazjonalnie.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
„Przychodzi facet do lekarza”, reż. Dany Boon, Francja, Belgia 2014
Komentarze