Sfilmowana klasyka

Recenzja filmu „Gra Endera”.
Nie ma co się oszukiwać, długo przyszło czekać na naprawdę niezły film spod znaku fantastyki naukowej.

Długo, bo amerykańskie centrum produkcyjne ma bardzo wysublimowane poczucie tego, co dobre, a jednak udało się!

Wstęp właściwie zdradza wszystko. „Gra Endera” to dobry film i na tym można by wszystko zakończyć, ale nie napisanie kilku słów więcej byłoby po prostu grzechem. Z ciekawostek: film reżyserował Gavin Hood, ten sam, który wyreżyserował przesławne „W pustyni i w puszczy”, gdzie niepełnosprytna Nel nawołuje z dziwnym entuzjazmem słonia o imieniu King. Z tego powodu były istotne obawy przed spektakularnym spieprzeniem tytułu, który dla wielu fanów zatopionych w sadze Endera byłby ciosem w samo serce. Ale nic takiego się nie stało.

Pokrótce streszczając fabułę - Ziemia padła ofiarą inwazji obcej cywilizacji. Tylko dzięki heroizmowi Ziemian udało się odeprzeć atak obcych – Formidów. Głównym bohaterem jest chłopiec, Adrew „Ender” Wiggin, który ma być lekarstwem na niemijające zagrożenie z ciemnej otchłani przestrzeni kosmicznej. Ziemskie dowództwo postanawia go wraz z innymi dziećmi wyszkolić na żołnierzy doskonałych, zdolnych do bezwzględnego pokonania adwersarza jako dowódcy w nadchodzącej wojnie.

Klasyczny pokaz spektakularnych efektów specjalnych i gwiazdorskiej obsady to nic nadzwyczajnego. Harrison Ford w roli Pułkownika Hyrum Graffa czy Ben Kingsley jako bohater Mazer Rackham nie są wizytówką, to tylko dodatek do prawdziwego diamentu – fabuły. Zdecydowanie kilka ostatnich filmów, jakie można było obejrzeć w kinie (takich jak „1000 lat po Ziemi” czy „Elyzjum”), to filmy miałkie, bez zadawania jakichkolwiek ważnych pytań cechujących gatunek. Oparcie filmu o klasykę literatury Sci-Fi było strzałem w dziesiątkę, który staje się ostatnio niezbyt popularną praktyką, zastępowaną przez promowanie własnych dzieci czy efekciarstwo w imię niczego.

Rewelacyjny film oparty na spektakularnej opowieści ma wady, bo nie jest wierną kopią oryginału, ale przez pewne ograniczenia stał się opowieścią kompletną bez niedopowiedzianych spraw, które pozostawiała książka. Niestety widzowie nie mają szansy być świadkami narodzin serii filmów o Enderze, ale obraz, który otrzymali powinien być satysfakcjonujący. Choć historia została ograniczona, to warto zobaczyć czy Ender wygrał swoją grę.

Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)

„Gra Endera”; Gavin Hood, 2013 USA.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat