Zaczyna się niewinnie: dwoje nieznajomych, przelotne spojrzenia. Szybko jednak okazuje się, że pod warstwą codzienności tka się gęsta sieć intryg. W Darłowie nikt nie znalazł się przypadkiem. Każde wypowiedziane zdanie ma tu swoje miejsce i czas. Każdy uśmiech, przytyk i podziw prowadzą do celu. Do samego końca wchodzimy w psychologiczną grę, nie wiedząc, komu tak naprawdę warto zaufać – choć po cichu kibicujemy każdemu z bohaterów.
Akcja powieści toczy się w kameralnym, owianym morską bryzą miasteczku, a Tyrmand mistrzowsko zderza ten nadmorski klimat z brutalną rzeczywistością powojennej Polski. Cięty język, błyskotliwe, iskrzące napięciem dialogi oraz duszna perspektywa damsko-męska sprawiają, że książki po prostu nie można odłożyć. Charakterystyczną atmosferę potęguje wszechobecny strach przed ustrojowymi przemianami i nową władzą, która krok po kroku, bezlitośnie eliminuje prywatną własność.
Pisarz hipnotyzuje czytelnika kwiecistym stylem, wciągając go coraz głębiej w nadbałtyckie realia. W tamtym Darłowie można przecież załatwić niemal wszystko: rubinowy, palący gardło alkohol spod lady, dwuosobowy skuter, jedwabną bluzkę prosto z warszawskich salonów, wędzone szprotki... a może nawet i bezcenne, zaginione dzieło sztuki?
Malownicze Darłowo kryje w sobie o wiele więcej. To arena wielkich namiętności, w których pozornie błahe spotkania prowadzą prosto do nieuniknionego punktu kulminacyjnego. Gdzie zaczyna się, a gdzie kończy miłość? Czym jest to obezwładniające uczucie, dla którego jesteśmy gotowi rzucić w diabły wszystkie plany, byle tylko wreszcie poczuć, że naprawdę istniejemy?
„Siedem dalekich rejsów” to zadziwiająco trafny obraz polskiego społeczeństwa, pełnego sprytu, radosnego kombinowania i sztuki przetrwania, ale też niepoprawnego romantyzmu. To piękny, tętniący życiem hołd dla nadziei ukrytej w szarej codzienności. Opowieść, która udowadnia, że mimo wszystko po prostu chce się żyć.
Karolina Janetta
Leopold Tyrmand, „Siedem dalekich rejsów”, Wydawnictwo MG, Kraków, 2026.
Komentarze