Nowy sezon ruszył pełną parą. To dopiero trzeci odcinek, a już mogliśmy zauważyć, jak to w pewnych okolicznościach, źle dobrani pod względem charakteru ludzie, przemieniają kulinarny program w ostrą rywalizację, zamiast dobrze się bawić. Okolicznościom tym sprzyjało miejsce – Poznań oraz czwórka zawodników – Michał, Joanna, Tomek i Małgorzata. Ciężko wrzucić wszystkich do jednego worka, jeśli chodzi o nastawienie, natomiast faktem jest, że nikt nie okazał się wyjątkowo otwarty czy towarzyski. Rywale groźnie łypali na siebie znad talerzy, krytykowali zjedzone dania i marudzili. Nikt nie dobił nawet do dwudziestu punktów. Ciekawe, czy było im żal, że zmarnowali cztery dni, które mogły być naprawdę fajne, na bezsensowne tajemnice, powściągliwości i złośliwości?
Jasnooki Michał
On przygotowywał kolację jako pierwszy. Wydawało się, że będzie towarzyski i otwarty na nowe znajomości, jako że na co dzień prowadzi firmę eventową oraz zajęcia z kreatywności artystycznej. Z góry nastawił się jednak pesymistycznie, biadoląc o tym, że ludzie zakładają maski, grają, oszukują, bla, bla, bla. Dla swych gości, o przepraszam, rywali (!) przygotował Straszny krem, W delikatnym włoskim lesie (z ciekawą kolorystyką) i Patriotyczną słodycz. Nie warto nawet pisać, co o posiłkach sądzili degustatorzy, bo już na początku zdradziłam, że każdy kręcił nosem. To, co było fajne w tym dniu, to: 1) atrakcja – fluorescencyjne wariactwa malowane na twarzach, 2) ładne kieliszki pełne czerwonego winka, 3) jasne oczy Michała, kontrastujące z resztą twarzy. Za to wystrój pokoju, a szczególnie stołu, był nieco kiczowaty. Czerwone kokardy i płatki róż wyrażały chęć świętowania spóźnionego Dnia Kobiet albo Walentynek. Koniec końców Michał uzbierał 17 punktów, co ochroniło go przed ostatnim miejscem.
Energiczna Joanna
Prawdopodobnie najbardziej energiczna i sympatyczna postać odcinka. Gdybym miała typować jedną osobę, która najmniej pasowała do tej zblazowanej ekipy, stawiałabym właśnie na nią. Na co dzień zakochana w sporcie – trenuje boks, jazdę konną oraz nordic walking. Kiedy na nią patrzyłam, widziałam nieco grubszą wersję Scarlett Johansson (to chyba kwestia uśmiechu). Na lewej ręce wytatuowaną miała barwną muffinkę. Ubierała się pogodnie i kolorowo. Na stole, podczas kolacji, ustawiła jeszcze ładniejsze kieliszki, niż Michał (wieeelkie; ja mam w domu tylko jedną sztukę podobnego giganta). Przygotowując jedno z dań, użyła soku Cappy, z którego została idealnie zdarta etykietka (uuu, chyba ktoś tu nie chciał sponsorować Ugotowanych). W jej menu znalazły się: Bulwiasta zupa, Cytrusowy ptak z kolorowym ryżem (trzeba przyznać – indyk robił wrażenie!) i Ugotowani z czekoladą. W czasie przeznaczonym na atrakcję, pozwoliła rywalom spalić trochę kalorii, boksując (tudzież nieumiejętnie waląc) w treningowe worki. Otrzymała 17 punktów, remisując ze swym poprzednikiem.
Powściągliwy Tomek
Aż nie wiem, czy wypada napisać Tomek, czy raczej pan Tomasz. Inżynier-perfekcjonista, albo nawet pedant. Zaprezentował siebie, jako osobę dziwną, zamkniętą i przesadnie tajemniczą. Miało to na celu zapewnienie sobie lepszych ocen i wprowadzenie elementu zaskoczenia. Nie wyszło. W ramach atrakcji zaproponował fajną, kreatywną zabawę literkami – za to należy mu się plus. Wcześniej jednak, na kolację, podał Krewetkowy grzejnik, Kurczaka z wietrznej wyspy i Ostrą wisienkę, która nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Ja także, podobnie jak uczestnicy, liczyłam na wiśnie w spirytusie. Udział Tomka w programie można streścić w słowach: „namarudził się”, ponarzekał, pojęczał, postękał, ale koniec końców… wygrał, jednym punktem. Szkoda. Pocieszam się faktem, że miał brzydsze kieliszki od Michała i Joanny.
Skończona Małgorzata
Skończona. Skąd takie „brzydkie” określenie? Na pewno nie wynika ono z charakteru bohaterki. Chodzi tu raczej o jej kolację (i nastawienie), której organizacja okazała się totalną klapą. Gospodyni prawie w ogóle nie było przy stole, jedzenie gotowała w trakcie, a deser to już w ogóle… szkoda opowiadać. Dziwne, bo zapowiadało się naprawdę przyjemnie – czerwony dywan prowadzący do domu, iście królewskie wnętrze, pięknie zastawiony stół, ładna kreacja Małgorzaty. Aż szkoda było patrzeć, jak starała się robić dobrą minę do złej gry, skrywać za maską uśmiechniętej, beztroskiej i co najwyżej lekko roztrzepanej gospodyni. Menu także zapowiadało się dobrze: Niespodzianka w królewskiej szacie, Wybuchowa impresja, Młoda para na talerzu – kto by nie chciał tego wszystkiego spróbować? No ale wyszło, jak wyszło. Każdemu może podwinąć się noga. Wypadło akurat na nią, przez co zdobyła tylko 12 punktów. Tak naprawdę, to pogrążył ją zwycięzca – powściągliwy Tomek, przyznając… uwaga… dwa punkty. Sobie załatwił zwycięstwo, a jej trzecie (czwartego nie było) miejsce. Tak też zakończył się trzeci odcinek, o którym lepiej szybko zapomnieć i już przygotowywać miejsce w głowie na kolejny, czwarty.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. Archiwum TVN
Komentarze