Wrzesień 1938 roku. Polska jeszcze żyje w pokoju, ale coraz wyraźniej czuć, że coś się zbliża. Bohaterowie rozmawiają o wojnie, planują przyszłość, myślą o rodzinie i próbują żyć zwyczajnie. Czytelnik ma jednak nad nimi jedną zasadniczą przewagę – wie, że za niespełna rok rzeczywistość zmieni się nie do poznania. I właśnie ta świadomość buduje atmosferę niepokoju w „Śmierci w cieniu dziesięciu wież” Tomasza Sobieraja.
Powieść rozpoczyna się od zbrodni, która uruchamia śledztwo prowadzone przez dwóch detektywów. Wraz z rozwojem wydarzeń kryminalna zagadka zaczyna jednak ustępować miejsca wątkowi szpiegowskiemu i sabotażowemu. Coraz większe znaczenie zyskuje też sytuacja polityczna, szczególnie wydarzenia związane z Wolnym Miastem Gdańskiem. W efekcie książkę odbierałam bardziej jako powieść sensacyjno-szpiegowską z elementem kryminalnym niż klasyczny kryminał.
Sam duet śledczych wypada całkiem dobrze. Starszy jest bardziej doświadczony i opanowany, młodszy – impulsywny, momentami agresywny, ale zdecydowanie nie jest bezmyślnym osiłkiem. Obaj prowadzą dochodzenie bez spektakularnych sztuczek i nadnaturalnych zdolności, raczej krok po kroku próbując połączyć kolejne fakty. Szkoda tylko, że sama zagadka nie daje szczególnej satysfakcji. Dość szybko zaczęłam podejrzewać, w jakim kierunku powinna pójść uwaga śledczych, a rozwiązanie nie było dla mnie szczególnie zaskakujące.
Znacznie większy problem miałam z postacią porucznika, którego kompetencje nie zawsze współgrały z tym, jak został przedstawiony. Doświadczony i zasłużony funkcjonariusz kilkukrotnie pozwala, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli, co z czasem zaczyna być zwyczajnie frustrujące. Nie do końca przekonał mnie również jego bardzo szybki romans. Rozumiem jego funkcję w szpiegowskiej części historii i fakt, że relacja od początku jest podszyta wzajemnym interesem, ale emocjonalnie trudno było mi w nią uwierzyć.
Zdecydowanie przekonało mnie natomiast tło historyczne. Szczególnie sceny rozgrywające się w Gdańsku, gdzie napięcie związane z niemiecką agresją jest coraz bardziej namacalne. Autor nie ogranicza się przy tym do wielkiej historii – pojawiają się również drobniejsze odniesienia do codzienności II Rzeczypospolitej, warszawskiego życia czy miejskich rozrywek. Dzięki temu epoka nie jest wyłącznie dekoracją.
Podobał mi się także język powieści. Miejscami pojawia się nietypowe dla współczesnego czytelnika słownictwo, ale odbierałam je raczej jako element stylizacji pomagającej budować klimat. Ciekawym rozwiązaniem jest również brak tradycyjnych rozdziałów – kolejne partie tekstu oddzielają jedynie gwiazdki. Na plus zaliczam też bohaterów drugoplanowych, którzy nie są wyłącznie kartonowym tłem. Bardzo podobał mi się także pojawiający się w odpowiednich momentach komiczny wartownik, skutecznie rozładowujący cięższą atmosferę.
Największą siłą książki pozostaje jednak dla mnie poczucie, że czytamy historię rozgrywającą się dosłownie chwilę przed katastrofą. Finał nie musi nawet zaskakiwać rozwiązaniem zagadki, ponieważ najważniejsze jest to, co dzieje się w tle. Bohaterowie czują, że nadchodzi coś złego, a czytelnik doskonale wie, czym jest owo „coś”. To ciekawy rodzaj napięcia – nie oczekujemy już wyłącznie odpowiedzi na pytanie, kto stoi za wydarzeniami, ale obserwujemy świat, który za chwilę przestanie istnieć w znanej bohaterom formie.
Podobny mechanizm kojarzył mi się z serialem „Na kłopoty… Bednarski”, w którym początkowo mamy detektywistyczną, momentami nawet lekką historię, ale z czasem coraz mocniej wkraczamy w ciężką rzeczywistość nadchodzącej wojny. Tutaj również można odnieść wrażenie, że bohaterowie stoją jeszcze po bezpiecznej stronie granicy, którą czytelnik doskonale widzi.
„Śmierć w cieniu dziesięciu wież” jest więc książką, którą bardziej doceniam, niż polubiłam. Nie wszystko w prowadzeniu śledztwa mnie przekonało, niektóre decyzje fabularne pozostawiły niedosyt, a chwilami trudno było mi zmobilizować się do dalszego czytania. Kiedy jednak już się wciągnęłam, książkę przeczytałam w jeden wieczór. Nie jestem pewna, czy będę ją zdecydowanie polecać, ale z pewnością warto docenić jej atmosferę i sposób, w jaki kryminalna historia zostaje osadzona w jednym z najbardziej niespokojnych momentów polskiej historii.
EJA
Tomasz Sobieraj, „Śmierć w cieniu dziesięciu wież”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia, 2026.
Komentarze