Daniel Radcliffe, bo od niego trzeba zacząć opowieść, niestety przez ostanie wiele, wiele, by nie powiedzieć zbyt dużo lat, był silnie powiązany z serią filmów o Harrym Potterze. Oczywiście, jego kariera przekuta została w międzynarodową sławę, ale rozpoznawalną jedynie pod znakiem "faceta z blizną". Od jakiegoś czasu krążyły słuchy o jego talencie rozwijanym na deskach teatrów, ale wszystko spowijała mgła zapomnienia w momencie wyemitowania nowej części filmu serii Harry Potter.
„Kobieta w czerni” opowiada o historii Arthura Kippsa, notariusza, którego życie nie oszczędza - po śmierci młodej, ładnej żony samotnie wychowuje dziecko, pracując na ich wspólne utrzymanie i na nianię. Arthur dostaje zlecenia zajęcia się sprawami spadkowymi po właścicielach posiadłości położonej na Węgorzowych Bagnach. Oczywiście autochtoni nie są mu przychylni, ponieważ to intruz i jak się szybko okazuje, jego pobyt zakłóca spokój, wzburzając miejscowe gusła. I wtedy się zaczyna ciąg zdarzeń, ale niestety banalnych.
Reżyserem „Kobiety w czerni” jest James Watkins V, w którego przypadku (jak wskazuje cyferka przy nazwisku) reżyseria nie jest najświeższa. Co do scenarzystki Jane Goldman, to ze wszystkich filmów, które napisała, to największy szacunek można mieć do Kick-Ass, a cała reszta to zwykła rozrywka zapychająca czas. Nie umniejszając nikomu talentu czy ambicji, mimowolnie człowiek przychyla się do opinii, że jak pisarz się wypala artystycznie albo zaczyna wypadać z formy, zabiera się za scenariusze. Niestety, ta dwójka oraz Radcliffe nie wpływa w jakikolwiek sposób pozytywnie na ogólną ocenę filmu.
Film jest wybitnie nieatrakcyjny, przez lata młodości człowiek ogląda setki takich filmów i jedyne co je różni to ilość wypitego piwa i pora oglądania. Ma się nieodparte wrażenie, że jedyny powód, dla którego film ukazał się w ogóle na polskich ekranach, to postać Daniela Radcliffa, aczkolwiek sama postać, bo nie jego gra aktorska. W niektórych momentach miałem smutne wrażenie, że film idzie na rekord. Bohater zaskakująco mało mówił, prawie jak najnowszy Rambo. A porównując to z ilością kwestii wypowiedzianych przez najnowszego Conana, to notariusz przegrywa z przygłupim barbarzyńcą z Cemerii o kilka długości.
Podsumowując, film jest zupełnie nieatrakcyjny, opiera się na starych chwytach kina "grozy", które bardziej zaskakuje niż buduje realny klimat niepewności i przerażenia. Zdecydowanie byłoby ciekawiej, gdyby nieoczekiwanie Daniel wyjął zza pazuchy różdżkę, okulary inkantował "Abra-sratytaty-kadabra" i zadziałałyby efekty specjalne. Przez cały film człowiek ma nadzieję, że coś takiego się stanie - nie stało się. Przygnębiający jest również rozczarowujący happy end, który odmóżdża na kilka godzin. „Kobieta w czerni” oglądajcie na własne ryzyko.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
„Kobieta w czerni”, reż. James Watkins V
Komentarze