Strata zawsze boli

Śmierć najbliższej osoby zawsze boli.
Bo strata to śmierć, zanik bytu, jakiegoś status quo. Zmiana, o której – zanim się pojawi – nie ma czasu w ogóle myśleć. Bo i po co. I – o zgrozo – której wcale nie chcesz.

Dwa dni temu postanowiłam odwiedzić babcię. 78-letnia kobieta, która – gdy jeszcze śmiało berbeciem można było mnie nazywać – dziergała mi sweterki i skarpety na zimę, a pod nieobecność rodziców z pierogami w kuchni czekała, aż wrócę ze szkoły. Tym razem leżała bezradnie na swym szpitalnym łóżku, zamontowanym w mieszkaniu. Aby wygodniej było, a jednak rodzinnie, bezpiecznie i swojsko…

Wciąż wyglądała pięknie. Mimo rozprostowanych, mlecznych włosów, które – gdy jeszcze mogła – ukrywała pod kasztanowym odcieniem farby i zamykała w kształt zabawnie kolczastych wałków. Mimo postępującej starości i rosnącego przekonania o tym, że koniec jest zdecydowanie bliżej niż dalej.

Odwiedziłam babcię tego samego dnia, kiedy umierała babci córka, a moja ciotka – Matylda. Traf, czy przypadek – jak kto woli – chciał, że dzień wcześniej, późnym wieczorem, czytałam „Szpital przemienienia” Lema. I utknęłam na rozdziale pierwszym, zatytułowanym całkiem proroczo (pomyślałby kto): „Pogrzeb”.

Trzy tygodnie wcześniej mojego psa szlag jasny, przysłowiowy trafił i jak był, tak zaginął on i po nim ślad. A dnia tego, kiedy zaczęłam czytać książkę, coś między szorowaniem kibla a zmywaniem podłogi, postanowiłam też zgarnąć akcesoria psa-Fibiego i zamknąć je w komodzie, w jednej z pustawych szuflad. Zamknąć najlepiej z pamięcią, bo tak się składa, że czasem boli. Na ostro, na tępo, przewlekle i promieniująco.

Dwie smycze, które w konsekwencji na nic się przydały, dwie piszczałki: jedna w kształcie uda kurzego, druga niewiadomo jaka właściwie, kolorowa, głupia.  Dwie miski i nieotwarta puszka z psim żarciem, kupiona nota bene przeze mnie.

Strata to ciężka sprawa. Bo strata to śmierć, zanik bytu, jakiegoś status quo. Zmiana, o której – zanim się pojawi – nie ma czasu w ogóle myśleć. Bo i po co. I – o zgrozo – której wcale nie chcesz.

A gdy klamka tak zwana zapadnie, a zmiana się zwyczajnie stanie (i stanie na wysokości przewyższającej o głowę lub trzy) – na dupę siad! Po twarzy ścieka bezsilność, a dłonie żałośnie i z pokorą zaciskają się w pełne kulawego, dygocącego buntu i palącego żalu pięści.

A później wpada ci – tak dziwacznie i całkiem znienacka – telefon do rzeki, gdy śmiejesz się i napawasz błogością chwili radosnej, piwko w dobrym towarzystwie spijając. Albo kawę. Wpada telefon i tonie, bo wyłowić go już nie sposób. I początkowo banalne się to wydaje i kompletnie mało istotne nawet, by po chwili wszystkie wnętrzności, jakimi tylko Bóg jedyny ośmielił się mnie wypchać, zalał smutek zwyczajny. Bo telefon był prezentem od bliskiej osoby. A i tej osoby – tak na marginesie – nie ma już w moim życiu. I robi się coraz dotkliwiej gorzko, bo taki telefon, sztuczne kurze udo, smycz, czy cokolwiek innego, z pozoru drobnego, staje się symbolem nieodwracalnej straty. Choćby nie wiem co.

A myśl o niej dopada w chwilach tak oderwanych od zimnej, schematycznej, porządnickiej logiki codzienności, jak kora od drzewa, po którym zostało już tylko doskonale oszlifowane, perfekcyjnie polakierowane biurko. Na sprzedaż. To moment, w którym wzrok chwyta martwego, do góry brzuchem odwróconego kreta, leżącego bezczelnie (kto mu w ogóle pozwolił?!) przy schodach, prowadzących do laboratorium analitycznego. A także wtedy, gdy na ulicy spoczywa rozjechany, rozbebeszony kot-dachowiec, a raczej włochate, posklejane coś, co kiedyś kotem niewątpliwym było. Być może bezdomnym, a może i nie. To ogłoszenie-apel, czarnym, szkolnym flamastrem odręcznie napisane, że zagubiono brązowy portfel z dokumentami, a za znalezienie i zwrot nagroda będzie. Na co trzecim drzewie taka kartka przytwierdzona wisi.

Idę dalej. No bo co? Badania robię, zakupy na śniadanie, na obiad. Dobijam do domu, pogrążona w bycie-niebycie.

A Stefan, lemowski bohater „Szpitala przemienienia” „skacząc z kamienia na kamień, dotarł wreszcie do rozstajów i spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Pogrzeb nie był wyznaczony na określoną godzinę, lecz należało się spieszyć”.

Iga Zakrzewska



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat