„Tarzan: Legenda” – recenzja

Recenzja filmu „Tarzan: Legenda”.
Legenda powraca, choć w zupełnie nowym wydaniu. Szkoda, że „Tarzan: Legenda” tym razem nie zachwyca, a jego potencjał nie został wykorzystany.

Tarzan wraca do łask. Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach przełożenia mitycznego władcy małp na wielkie ekrany, w końcu doczekaliśmy się prawdziwej filmowej ekranizacji na miarę naszych czasów. Na film czekało wiele oddanych fanów bajkowej postaci, a doskonale dobrana para aktorska, która miała się wcielić w Tarzana oraz Jane, rokowała wspaniałe kino. Zawiodła reżyseria – David Yates znów namieszał.

Po ośmiu latach John Clayton III Lord Greystoke na zaproszenie samego króla wyrusza do Konga Belgijskiego. Nie jest zadowolony z perspektywy powrotu do miejsca, gdzie się wychował, ale za namową Jane przyjmuje zaproszenie. Nie podejrzewają, że to zasadzka przygotowana przez kapitana Leona Roma, który w zamian za drogocenne kamienie obiecał dostarczyć Tarzana wodzowi Mbonga. Gdy kapitan porywa Jane, Clayton nie ma wyjścia i znów musi się stać Tarzanem. Razem z zaprzyjaźnionym Georgem Washingtonem Williamsem wyrusza na ratunek ukochanej.

Kultowa ekranizacja Tarzana miała powalić wszystkich na kolana. Zawiodło niestety wszystko. Główny wątek filmu opiera się na ratowaniu Jane oraz na samym zatargu z kapitanem Romem. Niestety widzowie tylko szczątkowo dowiadują się, jak Tarzan poznał Jane, a to właśnie te fragmenty były najciekawsze. Nie ma wprowadzenia historycznego, postaci pojawiają się znienacka i nie ma o nich nawet żadnej wzmianki – po prostu są. Wszystko przeplecione jest znikomymi dialogami i ładnymi widokami. Tarzan, którzy przede wszystkim kojarzy się z dżunglą ma z nią tak naprawdę niewiele wspólnego i od razu widać, że woli nosić spodnie, a nie przepaskę.

W filmie pojawia się również wątek niewolnictwa, ale i on niestety nie zostaje bardziej rozszerzony. Wagon wypełniony tubylcami, Tarzan w roli wybawcy i papiery obciążające króla. Na tym kończy się straszny precedens zniewolenia, zły zostaje ukarany, schematyczność goni kiczowatość. I może gdyby reżyser trzymał się tradycyjnej wersji, tworząc film „Tarzan: Legenda”, to widzowie dostaliby przyzwoite kino z lekkim romansem w tle, a aktorzy mogliby przynajmniej wykazać kunszt aktorski. Niestety postawiono bardziej na obraz niż na porozumienie między bohaterami, a dialogi są znikome. Jeśli już są, to niestety niewiele wnoszą do filmu, a jedynie uzupełniają obraz w najistotniejsze informacje.

Gra aktorska woła o pomstę do nieba. I tutaj znów nie wykorzystano potencjału postaci. Tarzana zamknięto w sztywnych ramach gburowatego, mrukliwego i niezdecydowanego lorda. Nie wiadomo, dlaczego nie chce wracać do Konga, skoro widać, że praktycznie dusi się w swoich wykrochmalonych ubraniach. Po przyjeździe wcale nie jest lepiej. Aleksander Skarsgård jest naprawdę dobrym aktorem, który mógłby dużo włożyć w rolę. Niestety ta ograniczała się jedynie do prężenia muskułów przed kamerą, kilku scen walki oraz ograniczonego kontaktu ze zwierzętami. Jane natomiast wykreowano na silną kobietę, która potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Nawet Samuel L. Jackson wydawał się w tej całej ekranizacji nie na miejscu. Niby miał scalać całość, dopełniać i tworzyć tło, ale jego słowne żarciki często przeszkadzały w ogólnym odbiorze.

Całość niestety wypada blado nawet na tle bajki Disneya. Może jednak się sprawdzić, jako familijne kino dla mało wymagających.

Katarzyna Łochowska
(katarzyna.lochowska@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat