Żadnemu prawdziwemu kinomanowi nie trzeba wyjaśniać, kim był i ile dla artystycznego świata uczynił szwedzki reżyser filmowy i teatralny Ingmar Bergman (a właściwie Ernst Ingmar Bergman). Nie każdy jednak wie, że aby ten wybitny twórca przyszedł na nasz piękny świat, jego rodzice musieli stoczyć zaciekły bój o utrzymanie ich związku i miłości. Warto poznać tę inspirującą historię, oglądając znakomite dzieło filmowe (uhonorowane Złotą Palmą na festiwalu w Cannes w roku 1992 – za najlepszy film oraz dla odtwarzającej główną rolę żeńską Pernilli August, która rok później otrzymała także szwedzki odpowiedniki Oskara – Złotego Żuka).
Wyreżyserowana przez Billego Augusta ekranizacja została oparta na scenariuszu napisanym przez samego Ingmara Bergmana (za którą dostał w 1993 roku nagrodę Złotego Żuka). Zatem z dużą dozą prawdopodobieństwa można zakładać, że przedstawione w niej wydarzenia są prawdziwe. Zwłaszcza, że genialny filmowiec opierał się przede wszystkim na zapiskach odnalezionych w dzienniku swojej matki Anny.
Pomijając jednak tę całą wspomnianą przez mnie otoczkę, stanowiącą kanwę powstania filmu, bo nie wszystkich musi ona interesować, to warto zauważyć, że to opowieść w głównej mierze o miłości, o głębokim szczerym uczuciu, które zdołało pokonać każdą, choćby najtrudniejszą przeszkodę (m.in. brak aprobaty rodziców dla tego małżeństwa). Z tego punktu widzenia można odbierać „Dobre chęci” jako typowy melodramat, jednakże stanowiłoby to zbytnie uproszczenie. Nie można bowiem pominąć całej warstwy psychologicznej, leżącej u podstaw tego dramatu. Obserwujemy długą i wyboistą drogę, jaką muszą pokonać dwie tak naprawdę bardzo różniące się między sobą osoby. Anna Aakerbloom to inteligentna, pełna temperamentu, pogodna dziewczyna z tak zwanej dobrej (czytaj zamożnej) rodziny. Natomiast jej wybranek – Henrik Bergman – jest, chciałoby się powiedzieć jej przeciwieństwem – introwertyczny, zamknięty w sobie, pochodzący z bardzo biednej rodziny, pastor nie hołdujący, tak jak jego ukochana, hedonizmowi, a więc dalekiemu od składania pokłonów wszelkim przyjemnościom wiążącym się z naszą egzystencją. Można by pokusić się o wyświechtany frazes, że przeciwieństwa się przyciągają, lecz to zbyt prosta i banalna odpowiedź, a przy tym nie mająca pokrycia w rzeczywistości, bo przecież gdzieś tam wśród tych różnic, oboje tak pięknie się ze sobą łączyli.
Ten film to wreszcie także obraz życia społeczeństwa (w tym przypadku szwedzkiego) z początków XX wieku. Obserwując, ile pracy musieli włożyć ludzie, by utrzymać, np. swój dom w czystości, z rozrzewnieniem spojrzymy na własne pralki, lodówki, mikrofalówki, kaloryfery i wszelkie tego typu udogodnienia, jakie przyniosła nam cywilizacja. Czy nasze delikatne, rozpieszczane najwykwintniejszymi balsamami, dłonie zdołałyby ponieść trud wyprania choćby jednej koszuli w lodowatych nurtach pobliskiej rzeki? Nie sądzę. Oj, marnie byśmy skończyli, my pieszczoszki ewolucji...
Polecam film „Dobre chęci” nie tylko jako znakomite dzieło filmowe, ale po prostu ciekawy i wciągający obraz, a przy tym lekcję na temat tego, czym jest prawdziwa miłość.
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
DVD „Dobre chęci”, Gutek Film
Komentarze