Trzy do jednego, czyli jak i kogo ugotować?

7. odcinek 3. serii. Ugotowanych.
3:1 – czy to wynik meczu? Nie! To rezultat najnowszego odcinka Ugotowanych.

Poznajmy się, moi Nieznajomi
Dzisiejszy odcinek Ugotowanych rozegrał się na terenie Śląska, w kilku różnych miastach. Kolejno zostały nam przedstawione cztery osoby, o których od razu mogliśmy wyrobić sobie pewne zdanie.

Pierwszą z nich była Dobrosława z Tarnowskich Gór, mama dziewięciomiesięcznej Marcelinki, pasjonatka sportu oraz kuchni japońskiej. To u niej uczestnicy zjedli powitalną kolację. Obstawiając, że gotować im będzie mężczyzna, bardzo się zdziwili. Mężczyzną był za to kolejny uczestnik. Wesoły, postawny, ale i tajemniczy Adam, pochwalił się pracą w branży stalowej, hobbystyczną grą na harmonijce oraz członkostwem w Bractwie Kurkowym. Trzecim uczestnikiem, a raczej uczestniczką, okazała się nie lubiąca narzekania i mieszkająca w Sosnowcu Bożena. Na co dzień pracuje w studiu tatuażu, gdzie zajmuje się piercingiem oraz makijażem permanentnym. Czwartą i zarazem ostatnią osobą biorącą udział w Ugotowanych, został młody Szymon z Katowic – DJ, wodzirej weselny, a także budowlaniec… placów zabaw. Jego sposób mówienia, wymuskana fryzura oraz treść „wizytówki – nagrania” mogły dać widzom nieco do myślenia. Hmmm… czyżby francuski piesek? O tak, z tym panem będą kłopoty.

Pokaż mi, jak gotujesz, a powiem ci, kim jesteś
Pierwszą kolację, jak już wspomniałam, przygotowała świeżo upieczona mama – Dobrosława. Czy owo „upieczenie” miało wpływ na ugotowanie podczas własnej kolacji? Na tę odpowiedź trzeba było czekać do końca programu, więc i wy chwilę poczekajcie. Gospodyni przygotowała posiłki w ukochanym stylu japońskim. Plus dla niej za odwagę oraz pozostanie wiernym własnej pasji, zamiast gotowania „pod gości”. Na przystawkę podała owoce morza w glonach, na obiad łososia i japońską zupą przypominającą polski rosół, a na deser Owocową Sayonarę, czyli słodką mieszkankę z granatem i liczi w roli głównej. Całość dań oceniono średnio, bo na 20/30 punktów. Znacznie lepiej wypadł wystój mieszkania, który nawiązywał do Japonii, a jednocześnie nosił aurę rodziny, miłości i ciepła. Gospodyni postarała się, by współzawodnicy dostali – w japońskim stylu – papierowe ręczniczki do wycierania dłoni, a przed deserem obejrzeli pokaz karate, który poprowadził jej mąż. Koniec końców można by powiedzieć, że całokształt był poprawny, a deser smaczny, choć jego konsystencja odbiegała od ideału. Jednym niezadowolonym był Szymon. Cóż…

Kolację numer dwa przygotowała pogodna Bożena. W jej menu znalazły się Ko-ko kąski z warzywami, Leśna ryba z grzybami oraz Profiterolki z malinami, które okazały się być własnoręcznie robionymi ptysiami. Z przejęcia gospodyni pomyliła miejsce noża i widelca. Nic się jednak nie stało, bo choć rywalizacja została rozpoczęta, rywale okazali się być mili i przyjaźni. Adam powitał ją chlebem (zapominając jednak o soli), a Szymon ukrył swoje żądło w bukiecie słoneczników. Wyciągnął je jednak nie raz, oczywiście przed kamerą, stwierdzając m.in., że „Jak ktoś mieszka w Sosnowcu to nie jest grzech, tylko wstyd”. I znów na usta ciśnie się krótkie słówko „cóż…”. Obiad Bożeny nie prezentował się zbyt pięknie (a szkoda, bo estetyka to ważna rzecz) i najwyraźniej najlepiej nie smakował, bo został oceniony jako suchy, twardy i prosty. Najwięcej narzekał Szymon, choć – dziwnym trafem – zjadł do końca. Brakowało tylko, żeby wylizał talerz. Ostatecznie gospodyni nie uratowały nawet indywidualnie dobierane, zmywalne tatuaże, bo dostała tylko 17 punktów.

Cóż mógł przygotować Pan Idealny? Na pewno coś ładnego i estetycznego – to mu trzeba przyznać. Biały walc, czyli deser z połączenia białej czekolady, śmietany i owoców wyglądał przecudownie, ale w opinii rywalów był mdły i przesłodzony. Indyk – który miał być „wreszcie czymś konkretnym” – nazywał się Dancingowy zawrót głowy i nawiązywał do rozrywki, jaką zapewnił gościom gospodarz. Zabrał ich bowiem do osobnego pokoju, gdzie przygotowany stał zestaw DJa. Nie było jednak spodziewanej dyskoteki, a weselne zabawy. Grupa miała możliwość popróbowania rywalizacji na wesoło i spalenia paru kalorii pochłoniętych podczas obiadu i przystawki, czyli Tanga z cykorią. Dobry pomysł i piękne talerze do dania głównego nie dały jednak Szymonowi tytułu lidera. Postawiły go za to na równi z Dobrosławą.

Adam miał być zaskoczeniem, z czego każdy po cichu zdawał sobie sprawę. Nie bez powodu mówiono, że „będzie można dobrze zjeść”, czy „to czarny koń tego odcinka”. Mężczyzna postawił na regionalność i tradycję. Przystawką uczynił Baśń śląskich bosmanów, która była w rzeczywistości idealnie przyrządzoną zupą rybną. Choć uczestnicy na wieść o niej kręcili nosami, to po spróbowaniu całkowicie zmienili zdanie. Brawa dla Adama! Obiadem była kapusta śląska – ciapkapusta – z (niestety zbyt suchym) królikiem, a deserem Baszta górników, wyglądająca jak polski odpowiednich amerykańskich pancakes. Ogólnie uczestnikom smakowało, choć Dobrosławie zabrakło wyczekiwanego zaskoczenia, a Szymon oczywiście musiał trafić na przypalony kawałek królika. Któżby inny, jak nie on? Punktów do całokształtu dodał piękny, ogromny, zaskakująco nowoczesny i stylowy dom oraz zaproponowana przez gospodarza gra na trzech harmonijkach. Tu należy nadmienić, że gra była niesamowita, ale oczywiście nie wszystkim się podobała. Muszę pisać, komu?

Finał, czyli pieczeń za pięć tysięcy
Odczytywanie wyników to najbardziej tajemniczy moment całego odcinka, gdyż nigdy nie znamy punktacji ostatniego uczestnika. Tym razem zaskoczenie było dla wszystkich spore, gdyż nad siedemnastopunktową Bożeną, uplasowali się Dobrosława, Szymon i Adam – wszyscy na równi. Nie jest to jednak nowość, gdyż w jednym z poprzednich sezonów Ugotowanych miała miejsce identyczna sytuacja. Ponieważ tamci uczestnicy się zaprzyjaźnili, podzielili wygraną na cztery. A jak było tym razem? Cóż, ciężko stwierdzić. Niby pieniądze rozrzucono w geście radości i beztroski, ale nikt niczego przegranej nie zaproponował, a o planach zakupowych opowiedziały przed kamerą tylko trzy osoby. Najwyraźniej nikomu nie było głupio i nikt nie przejął się stojącą na uboczu kobietą. To się nazywa prawdziwa przegrana – wygrywają wszyscy, tylko nie ty. Takie są jednak reguły gry. Albo gotujesz, albo jesteś ugotowany.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN/Cezary Piwowarski



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat