„U brzegów jazzu” – recenzja

Recenzja książki „U brzegów jazzu".
Leopold Tyrmand w swojej książce „U brzegów jazzu” nie odpowiada wprost na pytanie „co to jest jazz?”, lecz opowiada czytelnikowi o genezie, kontekstach i sensie tej muzyki.

Esej Tyrmanda to dzieło z pogranicza publicystyki, historii muzyki i socjologii. Autor nie tylko analizuje jazz jako zjawisko dźwiękowe, ale także jako formę ekspresji społecznej, emocjonalnej i estetycznej. Tropi jego korzenie w folklorze, w afroamerykańskich rytmach, w religijnych pieśniach, w bólu i buncie, ale również w tanecznych salach i domach publicznych Nowego Orleanu. Pokazuje, że jazz to muzyka paradoksu – kolektywna i indywidualna, masowa i intymna, wyrafinowana i spontaniczna.

Książka powstała w 1956 roku, w szczególnym momencie dla polskiej kultury – jazz dopiero wychodził z podziemia, stając się symbolem zachodniego ducha wolności, choć wciąż traktowany był z nieufnością. Tyrmand, który sam był jednym z głównych animatorów jazzowego życia w powojennej Polsce, usiłuje przekonać czytelnika (a może i władzę?) do wartości tej muzyki, sięgając po rozmaite, czasem zaskakujące argumenty – od marksistowskiej frazeologii po zachodnie autorytety.

To jednak nie jest książka dla każdego. Styl Tyrmanda – pełen emfazy, rozbudowanych zdań, retorycznych zabiegów i egzaltacji – może męczyć współczesnego czytelnika. Czasem przypomina bardziej kazanie lub wiec niż muzyczną refleksję. Obecność licznych cytatów, odniesień do teorii muzyki czy marksistowskich analiz również nie ułatwia odbioru, szczególnie jeśli nie jest się obeznanym z terminologią muzykologiczną czy kontekstem PRL-owskim.

A jednak „U brzegów jazzu” ma swój niepowtarzalny urok – i to właśnie przez osobisty ton autora. Tyrmand pisze z pasją fana, a nie profesora. Jego esej to monolog człowieka zakochanego w muzyce, który nie tylko ją rozumie, ale też nią żyje. To, co mogłoby być akademickim wywodem, staje się tu chwilami poetycką medytacją. Jazz w tej książce to nie tylko dźwięki – to sposób bycia, stan ducha, kulturowa wrażliwość.

Nie sposób nie wspomnieć o pięknym tytule – „U brzegów jazzu” – który idealnie oddaje treść książki. Autor nie penetruje wnętrza tej muzycznej wyspy, lecz stoi na jej skraju, patrzy z fascynacją, analizuje i próbuje dotknąć jej tajemnicy. Każda próba zdefiniowania jazzu kończy się powrotem do punktu wyjścia – i to właśnie ta niemożność pełnego uchwycenia istoty jazzu czyni książkę wartościową i prawdziwą.

Dla miłośników jazzu – pozycja obowiązkowa. Dla fanów Tyrmanda – tym bardziej. Dla pozostałych – wymagające, lecz wartościowe doświadczenie. To książka, która nie daje prostych odpowiedzi, ale za to mnoży pytania i zmusza do refleksji. Warto po nią sięgnąć – nie tylko, by dowiedzieć się czegoś o jazzie, ale przede wszystkim, by usłyszeć, jak brzmi głos Leopolda Tyrmanda, jednego z najoryginalniejszych polskich pisarzy XX wieku.

Dominika Poroszewska
(dominika.poroszewska@dlalejdis.pl)

Leopold Tyrmand, „U brzegów jazzu”, Wydawnictwo MG, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat