Krzysztof
Strefą, w której rozegrała się akcja dzisiejszego odcinka Ugotowanych, jest wspaniałe miasto Wrocław, którego mieszkańcy (wbrew słowom narratora) potrafią dobrze gotować. Jako pierwszy udowodnił to Krzysztof – z zawodu ekonomista, z serca fotograf i podróżnik. Swych gości uraczył pomidorową ucztą, czyli przystawką o smakowitej nazwie Kociołek łososiowo-pomidorowy, następnie Ryżem, kaszą i kurczakiem w pomidorach, a na koniec Karmelizowanymi pomidorkami z lodami waniliowymi. Grzechem byłoby nie wspomnieć, że lody od początku do końca przygotował sam. W drzwiach jako pierwsza pojawiła się Edyta z kwiatami (prawdopodobnie wrzosami) w doniczce. Powitał ją drinkiem zgodnym z pomidorowym motywem przewodnim, czyli Krwawą Mary. Niestety, kobiecie nie przypadł do gustu. Danie główne również pozostawiało pewien niedosyt, tym razem dla innej uczestniczki – Ani, która nie mogła jeść ostrego. W porównaniu z poprzednimi odcinkami, kolacja i tak została oceniona wysoko, bo na 22 punkty. I nie przyczyniły się do tego dodatkowe atrakcje, gdyż tych zabrakło.
Jarek
Jeżeli ktokolwiek miał szansę obalić mit, że zdrowe jedzenie jest gorsze od zwykłego, albo wręcz niedobre, to tylko Jarek. Współuczestnikom, oraz widzom, dał się poznać jako osoba ambitna, dbająca o ciało, ale przy tym niestereotypowo mądra i sympatyczna. Z zawodu jest trenerem osobistym, co dało mu możliwość połączyć pracy zarobkowej z pasją. Krótko mówiąc: prawdziwy szczęściarz! Gości przyjął Przysmakiem młodości, czyli grzankami z mozzarellą, rukolą i awokado, Atletycznym kurczakiem i Puszystym ego, zrobionym z jogurtu naturalnego i przyozdobionym owocami oraz biszkoptem. W przedimprezowym menu zrobił adnotację, by uczestnicy przynieśli ze sobą sportowe stroje. Jest nowość, gdyż nigdy wcześniej nikt nie załączał podobnych (ani w ogóle żadnych) próśb. Trening, przewidziany w ramach poobiedniej atrakcji, przebiegł pomyślnie i wszystkim bardzo się spodobał. Podniósł także punktację posiłków Jarka, z racji że zdrowe jedzenie jednak się nie obroniło. Wyszło zbyt mdłe i nie przekonało do siebie uczestników. Winna temu czuła się Anna, gdyż gospodarz specjalnie dla niej nie doprawił głównego dania. Nie wiedziała jednak, że pozostali uczestnicy wytykali potrawom także inne mankamenty, wcale niezwiązane z ostrością (np. zbytnią grubość kurczaka). Sympatyczny Jarek otrzymał 21 punktów i, niestety, zajął ostatnie miejsce w pozasportowej rywalizacji.
Anna
Pozytywna czarownica, polska Greczynka albo po prostu Anna. Z zawodu sprzedawca wysokociśnieniowego sprzętu do sprzątania, z powołania jasnowidz. Już po pierwszej kolacji pochwaliła się, że potrafi przewidzieć, kto wygra. Wynik zapisała na kartce obiecując, że pokaże go po wizycie u ostatniej osoby. Dla gości przygotowała greckie menu, czyli Grillowany ser halloumi, Bifteki z serem feta (doprawiane anyżowym uzo) oraz Karydopitę. Tajemniczy deser okazał się być niesłodkim ciastem orzechowym, do którego osłodzenia posłużył sos na bazie jogurtu. Smak potraw bezwzględnie zachwycił wszystkich uczestników. Można było założyć, że wygra, a ostatnia kolacja jest już niepotrzebna. Ale reguły, to reguły – trzeba się dostosować. Jarek każdą potrawę określił ulubionym słowem swojego syna – delicious. Dodatkowo wystroił się w garnitur, w którym wyglądał zjawiskowo. Cała kolacja przebiegła pozytywnie i nastrojowo. Szkoda tylko, że zabrakło dodatkowych atrakcji. Anna zdobyła 26 punktów i wysunęła się na prowadzenie.
Edyta
Ostatnia uczestniczka – Edyta – to właścicielka firmy odzieżowej i projektantka. Podczas pracy jest opanowana i nie histeryzuje. Dzięki tym cechom mogłaby wygrać kulinarne zawody. Tym bardziej, że od gotowania czuje się uzależniona. Menu przygotowała na kolorowo: (śmierdząca) Zupa rybna na biało, Polędwica wołowa z leśnymi grzybami oraz Biało-czerwony deser malinowy. Ciekawie się złożyło, że Krzysztof, który pojawił się na kolacji pierwszy, założył białą marynarką – komponując się tym samym z białą zupą rybną, a z kolei w duecie z czerwoną sukienką gospodyni wyglądał, jak malinowy deser. Jarek także (i znów) założył garnitur oraz wręczył Edycie pięknego, żółtego słonecznika. Goście zrobili sobie małą przechadzkę po domu, zauważając jego ogromne rozmiary, chwaląc klasyczność, schludność i dobry smak. Odnaleźli także wielką salę, w której stał wyłącznie stół bilardowy. Zażartowali, że Edycie wygrane pieniądze się nie przydadzą. Po drodze na dół, do jadalni, natknęli się jeszcze na obszerną garderobę, której pozazdrościła Anna (mimo posiadania własnej, zapewne mniejszej). Jedzenie było pyszne, nawet lepsze od tego z poprzedniego dnia. Anna byłaby niesprawiedliwa przyznając rywalce mniej, niż 9 punktów. Nie zabrakło też atrakcji. Gospodyni zabrała współzawodników do osobnego pomieszczenia, gdzie zajęli się przygotowywaniem sukienek z różnokolorowych materiałów i upinaniem ich na ustawionych manekinach. Zabawne, twórcze, oryginalne. Mimo zbyt ostrego dania głównego oraz czarodziejskiej wizji, że program wygra Anna, to ostatnia uczestniczka zdecydowanie zasłużyła sobie na wygraną.
Tym razem obyło się bez kłótni, obgadywania do kamery i czarnych owiec. Do tego każda kolacja była wyśmienita i wyjątkowa. Czy w związku z tym pan lektor chciałby zarzucić Wrocławiowi coś jeszcze?
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze