Dzisiejszy odcinek Ugotowanych to lekcja obalania stereotypów i miłe zaskoczenie dla mieszkańców całej Polski. Poznajemy bowiem czterech Warszawiaków, których charaktery nie mają nic wspólnego z niekorzystnym wizerunkiem, jaki kreuje się w żartach czy opowieściach. Czyżby Warszawiacy nie byli aż tacy źli?
Nowojorska Ola
Pierwszą uczestniczką dzisiejszego odcinka Ugotowanych była ciemnowłosa Ola, która kilka lat spędziła w Stanach. Widać, że Nowy York całkowicie pochłonął jej serce. Jest to zjawisko jak najbardziej pozytywne, szczególnie że swą miłość przelała na tematykę menu. W ramach deseru przygotowała Jesień w Central Parku, czyli dyniową wariację, daniem głównym uczyniła Sarnę w wielkim mieście, a na deser zaserwowała Orzechowego gangstera z Bronxu, czyli czekoladowy brownie. Sarnie mięso podała w postaci prawie-hamburgera, do którego zamiast pospolitych bułek, użyła amerykańskich bajgli. Także na talerzach ułożyła serwetki z amerykańskim akcentem. Aby oddać całość osoby Oli, warto wspomnieć, że po powrocie do Polski zajęła się modą, stylem i seksem, o których pisze będąc redaktorką w kolorowym magazynie. Praca – marzenie. Ola dała się poznać jako osoba niesamowicie otwarta, uśmiechnięta i chętna do poznawania innych ludzi. Szkoda, że nie przygotowała żadnych atrakcji. Współuczestnicy polubili ją, choć skrytykowali sarnie mięso (przez wyobrażenie żywej sarny, a nie ze względu na zły smak potrawy). Swoją kolację zakończyła z siedemnastoma punktami.
Samochodowa Ola
Drugi uczestnik, druga kobieta, druga Ola. Tym razem samochodowa Ola. W życiu zawodowym zajmuje się nauczaniem jazdy, a w życiu prywatnym ciągłym uśmiechaniem. Śmiało można powiedzieć, że jest jeszcze bardziej otwarta, niż nowojorska Ola. Posiłki innych oceniała nie tylko pod względem smaku, ale także wpływu na jej nienaganną linię (robiąc to pół-żartem, pół-serio). Przy każdej możliwej okazji podśmiewała się z oazy spokoju, jaką był Paweł. Przygotowane przez nią menu było smaczne, ale niestety każde danie wywodziło się z innej bajki. Przystawka – Italijskie co nieco, danie główne – Dydki w zielonej kąpieli, deser – Wiśniowy drift. Ciekawe jest to, że nikt nie skojarzył słowa „dydki” z „cyckami” (kurczaka, żeby nie było). Ola, jako jedyna, przygotowała atrakcję czynną, czyli konkurs na samochodową przejażdżkę slalomem, z jajkiem doczepionym do bliżej nieokreślonej konstrukcji, znajdującej się na masce. Wszyscy świetnie się bawili, a nowojorska Ola po raz pierwszy przejawiła cień poważnej natury. Dom gospodyni był piękny, na ścianach wisiał Elvis w ilości niepoliczalnej, a łazienka dorównywała (albo przewyższała) wielkością niejednemu pokojowi blokowego mieszkania. Ola, za całokształt, otrzymała osiemnaście punktów.
Discopolowy Kuba
Do trzeciego uczestnika pasowałoby wiele określeń – roztańczony, rozśpiewany, szalony, żywy, żywotny,… Kuba w życiu prywatnym zajmuje się nauczaniem dzieci szkolnych i przedszkolnych. Uczy gimnastyki korekcyjnej oraz tańca. Powiedział o sobie, że raz jest szalony, a raz bardzo spokojny. Przez cały odcinek nie doczekaliśmy się ani sekundy tego rzekomego spokoju. Dowiedzieliśmy się za to, że ciągle śpiewa (lektor błędnie określił jego zespół jako disco - w rzeczywistości była to twórczość disco polo, co stanowi różnicę). Przypadkiem udało się także poznać jego zamiłowanie do Bollywoodu i filmów takich jak „Czasem słońce, czasem deszcz”. W ramach konkurencyjnej kolacji zaproponował gościom Tłuściutkie pajdki, będące wspomnieniem z jego dzieciństwa (a konkretniej świeżo upieczonym chlebem z własnej produkcji smalcem), Kolorową sambę warzywną (gdzie ta samba? Gdzie te warzywa?) oraz Rozśpiewany deser, trochę zbyt mocno zakropiony alkoholem. Przygotował także atrakcję, czyli pokaz tańca towarzyskiego. Z jednej strony fajna rzecz, a z drugiej szkoda, że nie dał możliwości zatańczyć innym. W końcu ludzie dzielą się na dwie kategorie: obserwatorów oraz współuczestników. Jedni wolą siedzieć i podziwiać, inni praktykować. Cóż, może innym razem. Koniec końców Kuba otrzymał punktów siedemnaście, remisując z nowojorską Olą.
Dystyngowany Paweł
Jeśli nie czarna owca odcinka, to z pewnością obiekt żartów numer jeden. Paweł dał się poznać jako osoba o słabym poczuciu humoru, bardzo poważna i biorąca wszystko zbyt serio. Sam przedstawił się jako miłośnik sportu, szczególnie Triatlonu. Miłość do roweru, pływania i biegania stawia na równi. Ma także mocno sportową filozofię życia. Przyznał się, że ma „słaby żart”, aczkolwiek w programie okazało się, że nie ma go wcale. Ma za to niezłą posiadłość, której właścicielką jest żona i jej rodzina. Kolację przygotował w trochę dziwnym miejscu, gdyż goście po przyjściu musieli sami zgadywać, czy wolno im wejść, a potem kombinować, gdzie mają iść. Skoro na nich nie czekał, mógł chociaż zostawić wskazówki. Jego kolacja wyznaczyła wyraźny podział na dwa obozy: szaleńców (samochodowa Ola i discopolowy Kuba) oraz poważnych osobistości (nowojorska Ola i dystyngowany gospodarz). Zabrakło dodatkowych atrakcji, nie zabrakło za to nieatrakcyjnego smakowo, choć tematycznego jedzenia: Dobiegającego końca lata, Kaczki pływaczki i Championa polskich cyklistów. Sztywna atmosfera dodatkowo obniżyła szanse na zwycięstwo. Jedyne, w czym Paweł mógł być najlepszy, to posiadanie największej łazienki – pobił nią nawet samochodową Olę. Nie trudno zgadnąć, że nie miał szans na ugotowanie innych. Przysłużył się za to udostępniając gościom basen (w środku domu!), do którego najpierw wskoczyła wygrana samochodowa Ola, a za nią cała reszta. Dystyngowany Paweł zajął zaszczytne ostatnie miejsce, uzyskując sumę z kolejnych punktacji: trzy… trzy… i cztery.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze