W obliczu tragedii - czy umiemy kochać ludzi?

Żałoba po katastrofie Smoleńskiej.
Czas nie leczy ran, jak to się utarło mówić. On może je jedynie podleczyć. Zabliźnić. Szrama pozostanie na zawsze. Początkowo mocno rzucająca się w oczy, traci na jaskrawości.

Ostatecznie stając się niezauważalna dla obcych. Ale, nie oznacza to, że znika. Jest częścią odcisku naszej duszy. Ale i nie jest trwała. Zdarzają się chwile, w których blizna nie wytrzymuje natłoku emocji. Mozolnie wykonane szwy pękają. Dają upust uczuciom. Człowiek, przecież nie jest robotem. On czuje.

Szkoda, że, w ferworze codziennych obowiązków, zapominamy o tym, że nie jesteśmy ze stali. Niepotrzebnie gnieździmy nasze pozytywne uczucia. Nie potrafimy się nimi dzielić. Obdarowywać tych, na których nam zależy. Te złe, jakoś łatwiej nam z siebie wyrzucić. Denerwujemy się głupotami. Kłócimy o bzdury. Obrażamy za błahostki. Odchodzimy bez dopowiedzianego "przepraszam". Żyjemy w błogiej nieświadomości, że jutro na pewno nadejdzie. I dla nas, i dla tych, których krzywdzimy. Jesteśmy pewni, że nie musimy przepraszać, i tak nam wybaczą. Zapominamy tylko o jednej, bardzo istotnej kwestii - czy zdążą.

Nikt nie wie, co go czeka. Wychodzimy z domu zostawiwszy otworzoną książkę, z myślą, że, jak wrócimy, będziemy kontynuować czytanie. Zostawiamy w kuchni filiżankę po porannej kawie. Śpieszymy się, więc dochodzimy do wniosku, że umyjemy ją później. Zostawiamy też wiele planów, co to je wiecznie "na jutro" przekładamy. Ale to akurat mało istotne sprawy. Jeśli nie zdążymy ich doprowadzić do końca, niewiele stracimy. Niedosytu czuć nie będziemy. Odczuwanie ma swój kres. Czują jedynie ci, którzy zostają. Także, nie ominie nas silne ukłucie w klatce piersiowej i niemoc strun głosowych, gdy stracimy kogoś nam bliskiego. Szczególnie, jeśli zapominaliśmy mu okazywać tego, jak jest dla nas ważny. Obojętność boli innych. Po ich stracie, zaczyna zaboleć i nas. Równie bolesne jest lekceważenie przepraszam. Przekonujemy się o tym po fakcie. Zawczasu więc, nie wstydźmy się go z siebie wydobyć. Inaczej, zdolność zapamiętywania, stanie się większym przekleństwem niż atutem. A wyrzuty sumienia, broń wielkiego kalibru, którą wytaczamy przeciw samym sobie, nie dadzą nam zabliźnić rany. Niestety, czas ma tę własność, że zawsze zmierza do przodu. Nie cofniemy go przesuwając wskazówki zegarka. Zatrzymać też nie możemy. Tego strażnika, nie da się oszukać.

Wszyscy, którzy wsiedli z rana 10 kwietnia do prezydenckiego samolotu, pewnie też zostawili wiele niedokończonych spraw. Odlatywali przecież z myślą, że wrócą. Los chciał inaczej. Nawet nie pozwolił im dotrzeć do celu podróży. Ich bliskich przepełnia teraz olbrzymi ból. Ból straty, skondensowany z wyrzutami nałogowego zapominalstwa w wyrażaniu uczuć. Mężowie zmarłych kobiet wymawiają sobie, że nie pocałowali żon na pożegnanie. Zastanawiają się, dlaczego czasem nie ustępowali im w sporach, przecież niejednokrotnie miały rację. Żony zmarłych mężczyzn, obwiniają się za to, że wypominały im rzadkie pobyty w domu, zamiast cieszyć się wspólnie spędzonymi chwilami. Teraz pozostała tylko walka z własnym sumieniem. To, co można było zrobić i powiedzieć, umknęło. Bezpowrotnie.

W mediach kolejni znajomi ofiar opowiadali o niedowierzaniu, w to, co się stało. Pytani o pierwsze wrażenia, mówili, że dowiedziawszy się o tragedii sięgali po telefony i wybierali numery bliskich im osób, które mogły znajdować się na pokładzie prezydenckiego samolotu. Chcieli potwierdzić, a w zasadzie zaprzeczyć, docierające do nich informacje o tragedii. Jedni nie uzyskiwali połączenia, inni słyszeli sygnał, ale nikt nie odbierał. Pomimo to, w ich sercach tliła się nadzieja, że może nie wsiedli. Że żyją. W większości przypadków, nadzieja zgubna.

W obliczu tej tragedii, nikt nie wstydził się łez, które niewiadomo kiedy, samowolnie wypływały dwiema strużkami. Swoich emocji nie kryli wysocy rangą politycy, w tym i obecny premier. Ale i zwykli ludzie, którzy przyszli zapalić znicze pod Pałacem Prezydenckim. Którzy na bieżąco śledzili w telewizji i Internecie nadchodzące wiadomości. Dziennikarzom, również wzruszenie nie było obce. Wspominali wspólne rozmowy z nieżyjącymi już politykami w studiu. Opowiadali o ostatnim balu dziennikarzy, na którym mieli okazję poznać Pierwsza Damę - Marię Kaczyńską i porozmawiać z Prezydentem Kaczyńskim. Tym razem nie o polityce. Ale, tak od serca. Te miłe chwile zostały im na pocieszenie. Właśnie takie przyjemne wspomnienia pomagają w otrząśnięciu się po tragedii. Co nie zmienia faktu, że śmierć jest bolesna. Kiedykolwiek i kogokolwiek zaatakuje.

Po zmarłym zostają wspomnienia. Niedopowiedziane słowa. Nieskończone lub niezaczęte rozmowy. Niezrealizowane spotkania, które wciąż były przekładane. Którym zawsze coś stało na przeszkodzie. Czyżby ten czas? Czy musi wydarzyć się tragedia, by ludzie zaczęli zauważać to, co w życiu jest najważniejsze? A, najważniejsi są przecież otaczający nas ludzie. To, dlaczego traktujemy ich jak coś zupełnie naturalnego. Jak makietę, która stanowi dla nas niezniszczalne tło. To, że rok, miesiąc temu i wczoraj byli, i to że teraz są, nie oznacza, że będą za chwilę. Czasu nie pokonamy, możemy jedynie wygrać ze sobą. Ze swoimi złymi nawykami w niedocenianiu bliskich.

Po tych moich rozważaniach, mam nadzieję, że każdy, od czasu do czasu, przypomni sobie słowa, zmarłego przed czterema laty, księdza i poety Jana Twardowskiego, które idealnie wpasowują się w zaistniałą sytuację:

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy?"


Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat