Drugi sezon serialu „Wednesday” był niewątpliwie jednym z bardziej wyczekiwanych tytułów tej jesieni na Netfliksie. Ja, jako wielka fanka Burtona i „Wednesday”, mająca ogromny sentyment do „Rodziny Addamsów”, oczywiście również nie mogłam się doczekać.
Gatunkowo bez zmian, choć pierwsze minuty pierwszego odcinka drugiego sezonu trochę wystraszyły mnie zmierzaniem w kierunku wymuszonej komedii z nazbyt skondensowaną akcją. Na szczęście serial wciąż reprezentuje udane połączenie fantasy, kryminału z czarną komedią i horrorem. Elementy charakterystyczne dla tych wszystkich gatunków przeplatają się bardzo udanie. Po „wystartowaniu z przytupem” akcja nieco zwalnia, a fabuła jest niczym pajęcza sieć: tkana powoli z wielu nici-wątków. Akcja jest dozowana, by dostarczyć emocji oraz wciągnąć bohaterów i widzów w wir wydarzeń, ale jednocześnie nie przytłoczyć.
Fabuła, mimo że jest oczywistą kontynuacją sezonu pierwszego, przynosi wiele nowego. Wątki i postacie ulegają zmianom, a także dochodzi wiele nowych. W zaprezentowaną historię bardzo łatwo się wciągnąć. Nie jest banalna, mimo że znalazło się tu kilka dość przewidywalnych rozwiązań, ale w mniej istotnych wątkach. Główny został poprowadzony ciekawie, zaskakiwał. Różne wskazówki i tropy sprawiły, że to nie było liche, uczniowskie śledztwo, a prawdziwa gratka dla wielbicieli kryminałów. Niektóre elementy historii są zaś ewidentnym hołdem i nawiązaniem do dawnych filmów i serialu o mrocznej rodzince.
W najnowszym sezonie to bohaterowie zapewniają wiele nowości. Nie dość, że ci już znani bardzo się pozmieniali, to doszło wiele nowych person. A co jedna, to barwniejsza. Za najciekawszy jednak uważam rozwój rodziny Addamsów, bo odegrała ona o wiele większą rolę niż w poprzednim sezonie. Tych samych aktorów nadal uważam za kiepsko dobranych, jednak robili, co mogli, by wpasować się w powierzone im „obrazy”. Jako takie można bowiem uważać te kanoniczne postacie. Przez lata bowiem pewien wzorzec rodziny Addamsów już się w popkulturze utarł. I od lat w zasadzie oglądaliśmy to samo. Wszyscy twórcy po swojemu przedstawiali nam konkretne sytuacje rodzinne i tę samą historię.
Twórcy Alfred Gough i Miles Millar, reżyserzy (Tim Burton oraz Paco Cabezas, Angela Robinson) oraz scenarzyście nie odcięli się od tego, a wieloma motywami i rozwiązaniami robili ukłon w stronę klasyki. Dokonali tym samym czegoś świetnego: stworzyli integralną kontynuację, która nie stoi w sprzeczności z kanonem, ale twórczo go rozwija. Rodzina Addamsów wreszcie ruszyła do przodu! W dodatku udanie, bo kto jak kto, ale Burton czuje klimat.
Pewne kwestie, jak o wiele mniej energiczny Gomez czy, acz to bardzo subiektywne, denerwujący Pugsley, można wytłumaczyć na wiele sposobów, np. że to przecież nie oni mają być gwiazdami serialu czy starzeniem się lub dorastaniem. Przynajmniej Catherine Zeta-Jones się wyrobiła i w sezonie drugim o wiele lepiej odtworzyła Morticię.
Wspomniane zmiany mocno wiążą się z rozwojem i dorastaniem. Pojawiają się w zasadzie niemal na każdym kroku. I nic w tym dziwnego, bo to przecież serial o młodzieży. W zasadzie trudno wskazać postać, której to nie dotknęło. Interesujący rozwój nastąpił w przypadku Eugene’a i Enid, a więc najbliższych przyjaciół głównej bohaterki. Jej relacje z nimi nieco się komplikują. Relacje między poszczególnymi bohaterami tworzą ogromną część serialu. Tu należą się twórcom brawa, bo nie wyszła z tego nastoletnia drama, a złożony obraz dorastania. Choć bohaterowie mają fantastyczne moce, ich rozwój osobisty jest w dużej mierze bardzo realistyczny. W żadnym wypadku jednak nie jest błahy. Skomplikowane relacje matek z córkami oraz młodzieńcze miłości, szukanie swojej drogi, pogoń za swoimi celami, bardzo aktualne kwestie popularności czy kryzysu tożsamości oraz różne rozterki moralne sprawiły, że bardzo łatwo znaleźć sobie kogoś, z kim można się utożsamiać. Nie da się też być obojętnym w stosunku do żadnej postaci. Nowi uczniowie, nowi nauczyciele — jakaż wśród nich różnorodność! Gdy myślałam, że nie można być bardziej denerwującym od dorastającego Pugsleya, pojawiła się mająca moc niewidzialności Agnes DeMille. Iście irytująca postać. Acz... właśnie genialna w tym, gdyż taka miała właśnie być. Podoba mi się, że tak wielu bohaterów serialu budzi całą paletę odczuć i np. nie są zwyczajnie denerwujące, bo pod płaszczykiem denerwowania kryje się coś większego, głębszego. Nowością i ciekawostką jest Lady Gaga, która gościnnie wcieliła się w Rosaline Rotwood. Po jej aktorskim popisie w „American Horror Story” miałam wysokie oczekiwania i nie zawiodłam się. Bardzo ciekawa kreacja, nie zaś jedynie znany pseudonim w obsadzie.
Ku uciesze wielu osób, parę bohaterów, których z żalem lub ulgą pożegnaliśmy, wróciło. Spodobało mi się rozwiązanie w kwestii Xaviera. Odejście z planu aktora Percy’ego Hynesa White’a „ograno” bardzo sprawnie. Trochę bałam się, co będzie z nowym dyrektorem po tak wyrazistej Weems (Gwendoline Christie), ale na szczęście ta rola przypadła Steve’owi Buscemiemu, który jak zawsze wybitnie odegrał groźnego świra. Bardzo, ale to bardzo spodobał mi się wątek Slurpa/Siorba. Świetnie wpisuje się w specyficznych, epizodycznych bohaterów z „Rodziny Addamsów”, takich jak kuzyn Coś czy Rąsia, a także dotyka elementu charakterystycznego dla filmów Burtona. Motyw wskrzeszania, wracania zza grobu i tym razem wyszedł bardzo zgrabnie jako połączenie makabry z prawdziwie czarnym humorem.
Właśnie humoru drugiemu sezonowi nie brakowało. Po pierwszym odcinku trochę się obawiałam, ale zupełnie niepotrzebnie. Bez zarzutu przeplatał historię, nie burząc mrocznego klimatu. Ten przemówił do mnie, bo był przyjemnie gotycki, mroczny, ale nie ciężki. Tak jak i fabuła, uniwersalny; powinien zadowolić widzów zarówno nastoletnich, jak i dorosłych widzów. Klimat łączący grozę i lekkość wyszedł Burtonowi wyśmienicie. W tym sezonie reżyser pozwolił sobie na więcej swojego stylu. Pierwszy sezon wydawał się swego rodzaju kompromisem między stylem Burtona a netfliksową kompozycją. Sezon drugi wydał mi się bardziej burtonowski z jedynie lekko zaznaczoną netfliksową konwencją. Co wcale nie jest krytyką, a stwierdzeniem.
Warto zaznaczyć, że reżyserzy wspierający, czyli Paco Cabezas i Angela Robinson nie odstawali poziomem.
Wizualnie sezon drugi „Wednesday” jest po prostu piękny. Uwielbiam mroczną estetykę, a to była prawdziwa uczta dla oczu. Scenografia, lokacje i wszelkie detale oraz kolorystyka stworzono i zestawiono tak, że chłonęłam każdą scenę. Muzyka stanowiła zwieńczenie wyrafinowanej, mrocznej, ale nie ciężkiej atmosfery. Błogie upiorności i potworność subtelnie muśnięte urokiem, ach! Charakteryzacja i stroje na wysokim poziomie, dzięki czemu w każdym odcinku było, na czym i na kim zawiesić oko.
Nie da się powiedzieć, czy sezon drugi jest lepszy od pierwszej odsłony serialu... Jest po prostu inny. Ciekawy, klimatyczny, pomysłowy. Gorąco polecam wszystkim, i młodszym, i starszym, zwłaszcza podczas zimowej aury oraz Halloween. Chciałoby się napisać, iż to prawdziwy „biały kruk” wśród wielu coraz bardziej powtarzalnych produkcji na Netfliksie tej jesieni, jednak… „czarny” pasuje tu znacznie lepiej. I jest to oczywiście zaleta, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Kinga Żukowska
„Wednesday. Sezon 2”; reż. Tim Burton, Paco Cabezas, Angela Robinson; USA, 2025.