Film opowiada historię dwóch braci. Jeden jest przykładnym obywatelem i dobrym gliniarzem, drugi kryminalistą, który po dwunastu latach odsiadki, właśnie opuszcza więzienne mury. Mimo łączących ich więzów krwi z trudnością przychodzi im znalezienie nici porozumienia. Frank (Billy Crudup) nie potrafi znów zaufać starszemu bratu. Z poczucia obowiązku załatwia mu jednak pracę, mieszkanie i ułatwia kontakt z byłą żoną (Marion Cotillard). Chris (Clive Owen) nie zamierza jednak zrywać z mroczną przeszłością. Poznanie Natalie (Mila Kunis) i chęć zapewnienia im dostatniej przyszłości, ostatecznie zwraca go ku działalności przestępczej. Sytuacja znacznie się komplikuje, gdy Frank zaczyna spotykać się z byłą dziewczyną lokalnego gangstera - Vanessą (Zoe Saldana).
„Więzy krwi” w fenomenalny sposób ukazują skomplikowaną relację między braćmi. To ta mocno nadwątlona braterska więź i próby jej uratowania wysuwają się na pierwszy plan. Sceny akcji są tylko dodatkiem. Paradoksalnie, mimo że ciągle coś się dzieje i ciągle dorzucane są nowe wątki, film zachowuje nadzwyczaj spokojne tempo. Zdecydowanie brakuje tu dynamiki. Może dlatego najlepiej wypadają sceny kłótni. Są jak powiew świeżości – realistyczne, skupiające uwagę i perfekcyjnie zagrane.
Guillaume Canet zaprosił do projektu same wielkie nazwiska światowego kina. Rzeczywiście, gra aktorska jest największym plusem tego filmu. Warto go zobaczyć choćby ze względu na genialną kreacją Clive’a Owena, który z ogromnym zaangażowanie portretuje postać Chrisa. Jak zwykle zachwyca Marion Cotillard, a Zoe Saldana daje prawdziwy popis swoich aktorskich możliwości. Największym odkryciem jest jednak Billy Crudup. Nie dość, że wypada bardzo wiarygodnie, to każde jego pojawienie się na ekranie wręcz hipnotyzuje. Oboje z Owenem czasami samą mimiką potrafią przekazać widzom niesamowitą porcję treści. Najgorzej chyba w tym doborowym towarzystwie wypada Mila Kunis. Może to po części wynikać z charakteru jej postaci, która jest do bólu mdła i bezbarwna.
Historia przenosi nas w realia Nowego Yorku lat 70. Ogromne wrażenie robi scenografia. Wszystko zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Ulice, mieszkania i biura są odpowiednio brudne i obskurne, a w tle straszą nas okropne meble. Świetna jest też charakteryzacja. Nie zapomniano o charakterystycznym wąsie, który tu dumnie nosi Frank, czy bokobrodach. Także stroje oddają w pełni charakter tamtych lat. Wszystko to sprawia, że widz ma wrażenie autentycznego przeniesienia się w czasie, wczucia się w tamten klimat. Całego obrazu dopełnia niesamowita ścieżka dźwiękowa Maxima Nucci. Muzyka jest nie tylko świetnie dobrana, ale momentami gra pierwsze skrzypce i wręcz całkowicie kształtuje odbiór niektórych scen.
„Więzy krwi” to film ciekawy, intrygujący. Momentami może jednak nużyć. Jeśli oczekujecie trzymającego w napięciu filmu akcji, to źle trafiłyście. Jeśli jednak macie ochotę na bardziej kameralne, intymne i nietuzinkowe widowisko, a w dodatku chcecie poobserwować doskonałą grę aktorką i poczuć ducha lat 70., to ta produkcja powinna wam przypaść do gustu. Jeśli dotrwacie do końca, to z pewnością zostaniecie nagrodzone. Film zdecydowanie należy do tych nieco spokojniejszych historii z mocnym końcowym uderzeniem.
Beata Żelazek
(beata.zelazek@dlalejdis.pl)
„Więzy krwi”, reż. Guillaume Canet, 2013, Vue Movie Distribution
Komentarze