Jego tragedia zaczyna się od żartu. Dobra zabawa, w której ma pocałować szkolnego kolegę, wkrótce zmienia się w coś poważniejszego. Na nieszczęście Dominika to, co powinno zostać w sferze prywatności, natychmiast zostaje umieszczone na portalu społecznościowym jako świetny dowcip. Nie trwa długo, zanim z Dominika zaczyna śmiać się cała klasa. Wrażliwy chłopak nie potrafi poradzić sobie z sytuacją skompromitowania na forum rówieśników, ani nie potrafi stawić jej czoła. Wiecznie goniący za karierą rodzice nawet nie zauważają jego problemu, a nikt z rówieśników, nawet dziewczyna która jeszcze niedawno zabiegała o to, żeby poszedł z nią na studniówkę, nie zwraca się do niego z zrozumieniem.
Los chce, że w tym życiowym dołku chłopak poznaje przez internet Sylwię. Dziewczynę, która tnie się przed komputerem, nosi różowe dready i ciągle opowiada o tym, że marzy o śmierci. Jest tajemnicza, pewna siebie, ale przede wszystkim otwiera się na Dominika. Rozmawia z nim, doradza mu, a nawet zaprasza do wirtualnej społeczności. Chłopak, który wreszcie odnajduje kogoś, kto rozumie jego wrażliwość podąża za nią do tytułowej sali samobójców. To wirtualne miejsce spotkań grupy stworzonej prze Sylwię, gdzie jest niepodzielną królową i guru, a wszyscy jej zwolennicy tak, jak ona są zafascynowani samobójstwem. Znajomość, która początkowo daje Dominikowi oparcie, powoli zaczyna zmieniać się w niszczące, toksyczne uzależnienie.
„Sala samobójców” to film, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Trudno wyjść z kina obojętnym, bo zmusza on do refleksji o współczesnym świecie, o codzienności, która jest udziałem każdego z nas. To już normalne, że kilka razy dzienne zaglądamy na portale społecznościowe, piszemy, co u nas słychać, wrzucamy swoje zdjęcia, pokazujemy swoje rodziny, opowiadamy swoje historie i chętnie odsłaniamy swoją prywatność. Żyjemy w świecie, w którym wszystko można napisać w internecie, nauczyliśmy się już tego, ale wciąż nie potrafimy sobie radzić z konsekwencjami cyberprzemocy. Tak jak Dominik i jego znajomi wszystko możemy nakręcić, sfotografować, opisać. A żeby zostać gwiazdą, wystarczy przypadkowy filmik na youtube. Gdzie jest granica? W „Sali samobójców” nie znajdziemy odpowiedzi, ale film bardzo trafnie stawia to pytanie, bo to ile naszego życia toczy się już tam w sieci, a ile tu w realu, trudno czasem ocenić.
Młody reżyser Jan Komasa świetnie trafia w realia współczesności. Trudno też odmówić zasług aktorom. Jakub Gierszał pokazał pod jego kierunkiem prawdziwy majstersztyk. Bez wątpienia wpisuje go to na listę najbardziej obiecujących polskich aktorów młodego pokolenia. Równie dobrze partnerują mu Agata Kulesza i Krzystof Pieczyński w rolach rodziców. W efekcie dostajemy przejmujący, autentyczny i świetnie zagrany obraz, który pokazuje, że polskie kino nadal potrafi zaniepokoić. To film, o którym będzie się długo mówić. Wręcz nie wypada nie pójść do kina.
„Sala samobójców”, reż. Jan Komasa
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Komentarze