Przyzwyczailiśmy się myśleć o żołnierzach albo w kategoriach partiotyczno-martyrologicznych, albo wrogich i poniżających. Jedni to obrońcy uciśnionych i piewcy pokoju, a drudzy to gwałciciele i rabusie. Tymczasem Kerekes postanowił pokazać, że każdy żołnierz, niezależnie od tego, jaki symbol nosi na mundurze, jest przede wszystkim człowiekiem. A każdy człowiek musi jeść.
Dzięki „Kucharzom historii” widz może dowiedzieć się, jak przyrządzić paprykarz dla 74 tys. serbskich żołnierzy, coq au vin dla 500 tys. francuskich żołnierzy w Algierii czy marynowane grzybki dla sowieckich okupantów w Czechosłowacji. Bo najedzony żołnierz, to lepszy żołnierz. Kucharze polowi demonstrują, jak w prowizorycznych warunkach przygotować „paliwo” dla zastępów nacierających na wroga.
Weźmy na przykład wiekową Rosjankę, której poorana zmarszczkami twarz drga ze wzruszenia, gdy trzęsącymi się rękoma zawija bliny, takie same jak te, które robiła dla chłopców pod Stalingradem. Przejmująca scena, w której staruszka staje nad grobem poległego żołnierza, kładzie na płycie „jego” porcję blinów i duszkiem wychyla szklanicę wódki, pokazując, że kucharze polowi zdają sobie sprawę z tego, jak wiele od nich zależy. I jak wielki mają wpływ na wynik wojny. I jak głębokie więzi emocjonalne potrafi wytworzyć pełna menażka.
Myślą przewodnią dokumentu jest pokazanie analogii między polowym gotowaniem i wojną. Pewnie dlatego reżyser nie zawahał się umieścić w materiale sceny wykrwawiania krowy czy zabijania kurczaka. W końcu wojna to okrucieństwo, krew i strach. Uważny widz dostrzeże jednak, że film stawia wiele frapujących pytań, na które nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Bo jak odnieść się do postawy Chorwata, który nie zgadza się szkolić serbskich kucharzy polowych? I jak ocenić niemieckiego piekarza, który z dumą opowiada o tym, że jego chleb wzmacniał najlepszą armię na świecie? No i co powiedzieć o radosnym węgierskim tłuścioszku, który pokazuje, jak przygotowywał kiełbasę dla żołnierzy tłumiących rewolucję '56?
Świat jedzenia i kuchni nieustannie przenika się w okrucieństwem wojny. Peter Kerekes starał się w swoim znakomitym dokumencie pokazać, że jedzenie potrafi być najpotężniejszą bronią, a władający nim kucharze największymi dyspozytorami życia i śmierci. Nie przypadkiem w filmie pojawia się Żyd, który dzięki zatrutym arszenikiem chlebom wyeliminował ponad 300 nazistów. A jak odebrać postawę Niemca, który pozostał wierny rozkazom, ale jednocześnie odmówił konającemu jedzenia?
Wiele opowieści bohaterów filmu pozostawia widza po obejrzeniu w lekkiej konsternacji. Barwny przekrój kucharzy polowych, pracujących w różnych warunkach, zmagających się z wieloma przeciwnościami losu, pozwala spojrzeć na wojnę bardziej po ludzku, z prozaicznego punktu widzenia. Dlatego nie ma jednej konkluzji i jednego wniosku, jednej puenty. Nie ma pokazania dobra i zła, nie ma pytania o naturę wojny. Są tylko pytania o człowieka, o jego postawy wobec sytuacji wręcz niewyobrażalnych. „Kucharze historii” to prawdziwa uczta przy stole, przy którym siedzi się wraz z filozofią, psychologią i etyką. Niebanalny, świetnie zrealizowany dokument zadaje widzowi wiele pytań o naturę jego samego. Każdy znajdzie w filmie pytanie o siebie, choćby w nigdy w życiu nie miał powąchać prochu, a wojskową menażką posługiwał się tylko podczas obozów harcerskich. W końcu każdy musi jeść!
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Komentarze