A może z malarzem, którego prace uważamy za wybitne?
W czasach facebooka, twittera i wszechobecnych blogów, swoich ulubionych artystów mamy dosłownie na wyciągnięcie ręki, tymczasem dwaj mieszkańcy RPA – właściciel sklepu z płytami Stephen 'Sugar' Segerman i dziennikarz Craig Bartholomew Strydom szukali swojego idola – Sixto Rodrigueza przez lata, a efektem ich poszukiwań jest prawdziwe arcydzieło dokumentu, czyli „Sugar Man” w reżyserii Malika Bendjelloula.
Już na wstępie trzeba podkreślić, że „Sugar Man” jest filmem doskonale przemyślanym, a narracja, którą obrał reżyser, choć początkowo bardzo niespieszna, prowadzi widza tą sama droga, którą przeszli Stephen 'Sugar' Segerman i Craig Bartholomew Strydom, w poszukiwaniu Rodrigueza. To naprawdę niewiarygodne, jak wiele w naszym życiu zależy od przypadku, ale także, jak jeden człowiek może wpłynąć na życie innych ludzi. Płyta Rodrigueza „Cold Fact” trafiła bowiem do RPA przypadkowo, a jednak stała się hitem, inspiracją dla początkujących muzyków a także hymnem obyczajowej rewolucji. Tymczasem żyjący w Stanach muzyk nie tylko nie miał o tym pojęcia, ale także pogodził się z tym, że jego kariera muzyczna zakończyła się dawno temu.
W historii „Sugar Mana” najważniejsze nie jest jednak wcale to, że nagle ze zwyczajnego człowieka okazał się być wielką gwiazdą, a to jaką obrał drogę życia. Bo chociaż w młodości nie osiągnął sukcesu jako muzyk, to wcale się nie poddał, nie rozpił, ani nie stoczył. Wręcz przeciwnie, ciężko pracował po to, aby zapewnić swojej rodzinie byt, opiekował się swoimi trzema córkami i starał się dać im jak najlepszą edukację, a także zaangażował się w działalność społeczną. I chociaż nie udało mu się zostać drugim Bobem Dylanem, burmistrzem Detroit, ani milionerem, to osiągnął o wiele większy sukces ¬– dał ludziom coś, czego nie można zmierzyć w materialny sposób – radość, natchnienie i piękno.
Prawdziwą mocą „Sugar Mana” jest bez dwóch zdań zawarty w filmie ładunek emocji, które rosną z każdą minutą, aby w końcowych scenach osiągnąć wzruszające do łez apogeum. Jak mówi spoza ekranu głos jednego ze scenarzystów – „dom to akceptacja”, a my tego uczucia pełnej i całkowitej akceptacji możemy doświadczyć razem z Sixto Rodriguezem, podczas jego pierwszego wielkiego koncertu w Kapsztadzie. I choć jego życie muzyka nie było usłane różami, to ten moment bez wątpienia okazuje się najpiękniejszą nagrodą.
W filmie poświęconym muzykowi nie mogłoby być przecież inaczej, tak i w przypadku „Sugar Mana” historię Sixto Rodrigueza opowiada także jego własna muzyka. Słuchając przewijających się przez film utworów z jego płyt naprawdę trudno uwierzyć w to, że przez tyle lat pozostawał niezauważony, bo zarówno „Cold Fact”, jak i „Coming from Reality” to naprawdę świetne albumy, które po obejrzeniu filmu od razu chce się mieć w swojej kolekcji.
„Sugar Man” jest jednym z tych filmów, po obejrzeniu których dostajemy zastrzyk pozytywnej energii i wiarę w to, że wbrew pozorom – wszystko jest możliwe. Dla mnie osobiście historia Sixto Rodrigueza opowiada o tym, że to nie pieniądze ani światowy sukces są miarą człowieka, a jego postawa wobec życia, troska o innych i wartości, które wyznaje. Powiedzieć, że polecam „Sugar Mana” to za mało, jest to jeden z tych filmów, które po prostu trzeba zobaczyć.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Sugar Man, Reż. Malik Bendjelloul, Rok produkcji 2012
Komentarze