„Za jakie grzechy, dobry Boże” – recenzja

Recenzja filmu „Za jakie grzechy, dobry Boże”.
Dobrze, że jeszcze powstają naprawdę śmieszne komedie, które jednocześnie dotykają ważnych problemów społecznych.

Zastanawialiście się kiedyś, jak byście się zachowali, gdyby Wasze ukochane dziecko związało się z przedstawicielem innej kultury? Z pewnością zdecydowana większość odpowiedziałaby, że nie miałaby nic przeciwko temu. Jestem jednak pewna, że w sytuacji gdyby Wasza córka naprawdę przedstawiła Wam np. czarnego Kameruńczyka słowami „to mój narzeczony”, niejedno z Was nie miałoby zadowolonej miny. Powszechnie promowana, a wręcz wymagana tolerancja nakazuje, by nauczyć się obcować z przedstawicielami innych kultur i nacji, a nawet propagować wielokulturowość. Jednak przykład francuskiego społeczeństwa multi-kulti pokazuje, że rodowity Francuz o imieniu Claude niekoniecznie chętnie oddaje córkę w ręce Żyda Dawida, Algierczyka Rashida czy Chińczyka Chao. Jednak zmuszony tolerować wybory sercowe swoich pociech stara się unikać drażliwych tematów podczas spotkań rodzinnych.

„Za jakie grzechy, dobry Boże” to przezabawny film, igrający z wieloma stereotypami i bawiący się tak sztywnymi konwencjami poprawności politycznej i najszerzej rozumianej tolerancji. Claude i Marie Verneuil pochodzą z francuskiej prowincji, na której obecność przedstawicieli innych nacji nie jest tak powszechna jak w kosmopolitycznym Paryżu, w którym kształcą się ich córki. Niestety, w wielkim mieście panny Verneuil wybierają na partnerów życiowych kolejno właśnie Żyda, Araba i Chińczyka, czym doprowadzają rodziców do rozpaczy. Nadzieja w najmłodszej Laurze, która... zakochuje się w pochodzącym z Wybrzeża Kości Słoniowej Charlesie. Jak rodzice przyszłej panny młodej zareagują na ostateczne pogrzebanie szansy na wnuka – Francuza z ojca i matki Francuzów? I czy biała kobieta zyska akceptację radykalnie nastawionej rodziny z Afryki?

Film Philippe’a de Chauverona to przezabawna opowieść nie tylko o konfrontacji międzykulturowej, ale również o tożsamości, która powstaje w efekcie wyboru określonej ścieżki życiowej. Na przykład w jednej ze scen wszyscy trzej szwagrowie Claude’a dumnie z ręką na sercu śpiewają „Marsyliankę”, udowadniając teściowi, że tak jak on są Francuzami, tylko że z wyboru, a nie z urodzenia. Warto również zauważyć, że sami szwagrowie początkowo nie pałają do siebie sympatią – w końcu jak Arab i Żyd mogą siedzieć przy jednym stole? Okazuje się jednak, że nawet taką niechęć można przezwyciężyć, a plan wspólnego biznesu jednoczy przedstawicieli różnych kultur, połączonych nietypowymi małżeństwami.

Mam nadzieję, że nikt nie będzie zawiedziony, jeśli napiszę, że „Za jakie grzechy, dobry Boże” kończy się oczywiście happy endem. W końcu również w tym wypadku twórcom przyświecało przede wszystkim przekonanie, że miłość to największa siła, która przezwycięży wszelkie trudności i oprze się nawet presji najbliższego otoczenia, a ono z czasem zaakceptuje każdy nasz wybór. Nie jest to może wybitny obraz, który warto przytaczać w rozmowach o zasadności prowadzenia polityki multi-kulti, jednak z pewnością to przyjemny film o tolerancji, rodzinie i presji otoczenia. Oczywiście zdarzają się w filmie potknięcia i niektóre wątki nie należą do najbardziej udanych, jednak nie zmienia to faktu, że bardzo przyjemnie ogląda się całość.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

„Za jakie grzechy, dobry Boże”, reż. Philippe de Chauveron



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat