A.P.: Patrzę na Pani zdjęcie i widzę sympatyczną, uśmiechniętą blondynkę. Gdybym nie wiedziała, kim jest, nie przypuszczałabym, że to dziennikarka, scenarzystka, dokumentalistka sądowa, ba „królowa polskiego kryminału”! Jak zaczęła się Pani „przygoda” z tematyką kryminalną?
K.B.: „Infekcja” tematyką zaczęła się chyba jeszcze na pierwszym roku studiów dziennikarskich, kiedy to zorientowałam się, że muszę iść do pracy, bo na wykładach „gadających głów”, choćby i najmądrzejszych, nie zdobędę warsztatu reportera. Co było słuszne. Ci z kolegów, którzy zabrali się za szukanie pracy w mediach „po” studiach, nigdy tak naprawdę dziennikarzami nie zostali.
Na samym początku trafiłam do „Expressu Wieczornego”. To była kultowa popołudniówka z tradycjami, ale nie miała nic wspólnego z obecnymi tabloidami. Pracowało się rzetelnie, było w niej miejsce na reportaże, choć faktem jest, że treści sensacyjne, a zwłaszcza kryminalne, miały tam miejsca eksponowane. Okazało się, że jest wolna tzw. „działka” sprawozdawcy sądowego. Nikt nie chciał tego robić, bo to nudne i niewdzięczne zadanie. Trzeba było wysiadywać na salach sądowych, znać materiał akt, czasem to było po dwadzieścia tomów, trzeba było wiedzieć dużo wcześniej jakie akty oskarżenia właśnie trafiły do sądu i by wyłuskać z tego sensacyjną opowieść, trzeba było mieć wiedzę oraz umieć czytać materiały prokuratorskie, sądowe.
Dostałam tę działkę niejako jako test „kota” w podejściu falowym, jakie kiedyś obowiązywało w dziennikarstwie. Jeśli „młoda Bonda” poradzi sobie z „nudą sądówek”, dostanie szansę na pół etatu (a wtedy etat w wieku 20 lat to było wielkie coś). Ale ku zdziwieniu wszystkich, chyba przede wszystkim mnie samej, tak się złożyło, że historie sądowe naprawdę mnie wciągnęły. Uwielbiałam to! Do dziś pasjami czytam akta sądowe. Okazało się też, że jest tam cała masa historii „sekretnych”, jak dziś je nazywam, które naprawdę interesują mnie w tle przestępstwa (tajemnica ludzkiego losu jest zdecydowanie bardziej ciekawa niż sama zbrodnia, zapewniam). To po prostu ludzkie dramaty, do których doszło z jakichś przyczyn, czasami w wyniku nadmiernej ambicji, czy też przeżytej traumy.
A.P.: W 2007 roku zadebiutowała Pani powieścią „Sprawa Niny Frank”. Ja jednak chciałam najpierw zapytać o Pani bardziej dokumentalne książki. Skąd pomysł na „Polskie morderczynie” ?
K.B.: „Polskie morderczynie” były w mojej karierze książką przełomową. To jednocześnie mój backround – książka dokumentalna, której początek ma miejsce, kiedy zaczynałam jako sprawozdawca sądowy, gdzie mogłam wykorzystać cały swój warsztat dziennikarski, a z drugiej strony mogłam pokazać to, na co nie pozwala gazeta. I okazało się, że książka, która miała być offowa - tylko dla mnie (chciałam się oczyścić po własnej traumie, zmierzyć z moim poczuciem winy, znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania) – jest dziś bestsellerem, a nawet longsellerem, czyli pozycją kultową (naprawdę nie przesadzam, a nienawidzę sama się chwalić), a co dziwniejsze nie starzeje się lecz zyskuje z czasem.
Dla mnie samej to wielkie zaskoczenie, choć wiem skąd bierze się jej fenomen. Po pierwsze nikt tego wcześniej nie zrobił, dopiero teraz naukowcy zaczynają w ten sposób badać zabójczynie, a po drugie one pokazały twarze, otworzyły się przede mną. Nie wiem do dziś jak to mogło się udać. Ale pamiętam moją obsesję, by książkę skończyć. Było wiele przeszkód: nie miałam samochodu, borykałam się z kłopotami finansowymi, bo już odeszłam z pracy i ledwie wiązałam koniec z końcem. Do tego niezliczona ilość kwestii formalnych, by do tych więzień się dostać, praca z fotografem, stylistką, ekspertami, pielgrzymka po sądach (wszystkie akta osobiście przeczytałam, każdą stronę – czasem do jednej sprawy było 20 tomów akt), wreszcie ciąża. Nawet to mnie nie powstrzymało, by materiał zebrać, a potem książkę napisać.
Prawie wszystkie kobiety manipulowały, licząc, że dam się nabrać i każda zasługuje na uwagę. Mam kilka faworytek, ale nie ze względu na manipulacje, lecz ciekawy życiorys, historię lub szok, że to zdarzyło się naprawdę. Monika Szymańska (zabójczyni Tomka Jaworskiego, rozdział „Macierzyństwo”) – od niej się zaczęło – jest bardzo ciekawą zmiennokształtną osobą, wybitnie inteligentną, która umie odnaleźć się w każdych warunkach; Małgorzata Połczyńska (nazwisko zmienione, rozdział „Śmierć”) budzi moje największe współczucie i przerażenie jednocześnie, bo jest bardzo zakłamana w sobie (bez pejoratywnych skojarzeń, chodzi o zafałszowany własny obraz). Mirkę Romanowską (rozdział „Małżeństwo”) szczerze polubiłam, a Anety Barczuk (rozdział „Samotność”) się boję. Jest nieodgadniona i jej prawie dałam się uwieść. Było ich dwadzieścia jeden, a nie czternaście. Te historie pozostałe zbadałam, ale zdecydowałam, że albo zostawię je na inne opowieści, albo poczekam jak to się rozwinie. Trzeba umieć dokonywać selekcji. Jeśli chodzi o trudność, dokumentalista w pewnym momencie zbliża się na tyle do swoich bohaterów, że bariera jest płynna i już nie ma problemów z wywiadem. Dowodem tego jest fakt, że każda z bohaterek autoryzowała swoją opowieść. Wydawca nie mógł zrozumieć, jak ja tego dokonałam. To było proste, patrzyłam na nie jak na ludzi, a nie zabójców. I one wiedziały, że nimi nie gardzę, że pochylam się nad ich życiem, jak często dotąd nikt tego nie robił. To doświadczenie jest bezcenne dla mnie jako przyszłej twórczyni kryminałów. Widzę więcej niż inni, bo byłam po obu stronach barykady – rozmawiałam z policjantami, zabójcami i ofiarami. Każdy z tych elementów występuje w kryminale – potem mogłam się odważyć napisać kolejną powieść. Nie wierzę w papierowe bajeczki kryminalne – nigdy takich nie czytałam.
A.P.: Bohaterem Pani pierwszego cyklu powieści jest policyjny detektyw - profiler Hubert Meyer. Jak wielokrotnie było wspomniane - pierwszy polski bohater tego typu. Teraz na rynek wydawniczy trafił „Pochłaniacz”, w którym z kryminalo-sensacyjną zagadką próbuje się zmierzyć profilerka - Sasza Załuska. Czy wraz z bohaterką zmieni Pani konwencję na bardziej kobiece kryminały, czy Sasza to raczej twarda babka z przysłowiowymi „jajami”?
K.B.: Na początek zaprotestuję. Co to w ogóle znaczy „kobiece kryminały”? Że będą tam romanse, czy może bohaterka nie będzie profesjonalistką? Nigdy. Postacie, które tworzę zawsze są precyzyjnie skonstruowane. Nie ma znaczenia czy to Hubert Meyer, a więc mężczyzna, czy Sasza Załuska – kobieta. Zarówno Meyer, jak i Załuska są w jakimś stopniu moim alter ego, gdyż poza swoją płcią zawierają w sobie wszystkie moje cechy intelektualne, wady, postrzeganie świata i życiowe credo: „jaka jest prawda?”. Jeśli chodzi o warsztat profilerski, zbudowany jest na życiorysie zawodowym autentycznych ekspertów profilowania – Sasza powstała przy współpracy z autentyczną doktorantką Instytutu Psychologii Śledczej w Huddersfield. Hubert to mężczyzna, który fizycznie mnie by się podobał, gdyby istniał naprawdę, choć z pewnością byśmy się nie polubili. Byłabym do niego zbyt podobna i zaraz włączyłaby się między nami rywalizacja. Jeśli chodzi o modus operandi mamy z Saszą Załuską podobny. Ona też jest uparta, rzeczowa, precyzyjna i niezniszczalna. Nie daję się zbyć byle wykrętem, lubi pracować i zna się na swoim rzemiośle. Ma milion wad, w tym najważniejszą - pychę – jak ja. Ale to, co łączy obie te postaci to funkcja fabularna. Zarówno Sasza, jak i Hubert, choć są głównymi bohaterami (bo tego wymaga kryminał), potrafią się usunąć w cień, kiedy fabuła tego żąda i pozwalają mi na pokazywanie uniwersalnego tematu opowieści.
W moich kryminałach bohater główny jest raczej przewodnikiem po historii, pielgrzymem w wędrówce, moim szpiegiem w tamtym świecie niż wszechwiedzącym pełnoprawnym domkniętym bohaterem, jak pozostali, których rola wraz z finałem książki się kończy. Słowem: postacią raczej umowną, która zresztą już i tak żyje własnym życiem i domaga się pewnych elementów fabularnych, co jest niesamowite. Oni zmieniają się razem ze mną, będą się starzeć razem ze mną i, mam nadzieję, będą coraz mądrzejsi, choć i tak nadal wiedzą mniej niż ja. Zdradzę tutaj pewien sekret rzemiosła: trzymam bowiem Załuską cały czas w szachu, ukrywając przed nią pewne tajemnice, bo byłaby już tak zarozumiała, że nikt nie chciałby jej słuchać. Ale podejrzewam, że i tak ona o tym wie, wszak to psycholog. O ile bardzo mocno identyfikuję się z Załuską, to z Meyerem sprawa jest bardziej ambiwalentna. Muszę przyznać, że go szanuję, ale czy lubię? Raczej mnie wkurza. Bywa uroczy, popełnia jednak za dużo błędów i zjada go ambicja oraz duma. Jeszcze wiele musi się nauczyć. Tak jak ja.
A.P.: Sama Pani przyznaje, że do każdej książki bardzo się Pani przygotowuje. Niezależnie od tego czy jest to powieść, czy książka dokumentalna robi Pani dokładne rozpoznanie. Prócz zbierania informacji odwiedza Pani nawet miejsca kluczowe dla przedstawionej akcji.
K.B.: Pisanie książek kryminalnych to wieloetapowa praca. Każdy może mieć pomysł na fabułę, ale tutaj ważniejsze jest wykonanie. Bo kryminał to tak naprawdę popis maestrii rzemiosła autora. Ja osobiście wszystko sprawdzam. Dokumentacja to moja ulubiona rozrywka przed etapem pisania. Konsultuję nie tylko dialogi, elementy kryminalistyczne, ale także życiorysy postaci, osobiście odwiedzam miejsca, w których dzieje się akcja. Wszystko, o czym czytacie w moich powieściach osobiście dotknęłam, zbadałam, znalazłam w aktach prawdziwych spraw kryminalnych, potwierdziłam ich prawdopodobieństwo u ekspertów. To męczące, dlatego też wielu autorów nie robi takich badań, ale ja wierzę, że one zapewniają „mięso fabularne” powieści. Dopiero, kiedy mam już zebraną taką masę krytyczną, siadam do pisania. Wtedy proces zapisu – mając taki bagaż doświadczeń, faktów i prawdziwych case’ów – jest czystą przyjemnością. Mogę się wtedy skupić na języku, narracji, dopieszczać dialogi. Nie miotam się po omacku w fabule. To ważne, żeby pisarz wiedział jaki ma azymut, by wiedział wreszcie, co tak naprawdę chce opowiedzieć. Ja zawsze wiem, a jeśli nie wiem, nie zaczynam pisać, by się nie wystrzelać z pomysłów. Dlatego też moje książki mają także walor poznawczy, możecie znaleźć w nich elementy niekryminalne, które ubogacą wasz bank danych. I ja sama też tego szukam w literaturze. Nikt mi nie powie, że coś jest niewiarygodne, bo to, o czym piszę mogłoby się zdarzyć, choć zwykle nigdy się nie zdarzyło. Wytworzyła to moja wyobraźnia, ale posiłkowałam się prawdziwymi elementami, z których składam układankę, jak dzieci budowle z klocków lego. Dlatego też w moich książkach posłowie zajmuje kilka stron. Zawsze pamiętam o wszystkich moich konsultantach, bo bez ich pomocy nie powstałoby żadne moje dzieło.
A.P.: Pani wiedza w tej kwestii jest na tyle obszerna, że jest Pani również zapraszana, jako konsultantka w programach dokumentalnych i współpracuje Pani w charakterze eksperta kanału dokumentalnego Crime&Investigation Network. Nigdy nie ciągnęło Pani do pracy w policji, czy prokuraturze?
K.B.: Wręcz gdyby mnie zmuszano, odmówiłabym. Bardzo jednak podziwiam ludzi, którzy pracują w mundurach, ścigają „zbójów” naprawdę, a nie tylko na papierze. Sasza Załuska zaś jest moim hołdem dla kobiet zatrudnionych w formacjach organów ścigania.
A.P.: Na Pani stronie internetowej w biografii widnieje taka informacja: „Każda moja książka powstała na bazie prawdziwego zdarzenia”. Czy to znaczy, że każda opisywana przez Panią zbrodnia wydarzyła się gdzieś/kiedyś naprawdę, a wokół niej budowała Pani całą historię ? A może niektórzy bohaterowie nie są fikcyjni?
K.B.:Poza moimi dokumentami, każda fabuła powstała tylko i wyłącznie w mojej głowie, jest produktem mojej wyobraźni, zaś postaci stworzyłam całkiem fikcyjne. Ale jednak każda z opowiadanych przeze mnie opowieści miała swój początek w rzeczywistości. Nie wierzę bowiem w całkowite oderwanie pisarza od normalnego życia, od tego, w czym jesteśmy zanurzeni fizycznie. Pisarz może być werbalną niemową lecz musi być doskonałym obserwatorem - widzi więcej od innych, czuje coś ponad to, co dostrzegają inni, potrafi się zatrzymać i zastanowić, ale kiedy nazbiera tych danych, nie mieści tego w sobie i dlatego musi pisać. Pisarz przede wszystkim myśli. Zapis jest jedynie konsekwencją tego, co roi się w jego głowie. Nigdy odwrotnie! Wiele rzeczy go dziwi (choć dla pozostałych, zabieganych w normalnym trybie życia, są to rzeczy normalne, zwyczajne, trywialne, zbędne), to, co go zachwyca, ma szanse być zatrzymane jak w kadrze taśmy filmowej lub na fotografii. Tu bardziej chodzi o zmysłowe postrzeganie świata niż fakty. Chodzi o dostrzeganie tego, czego nie widać. Poszukiwania nie zawsze są estetyczne, higieniczne. Dlatego pisarz czasami pakuje się w niejasne sytuacje, by pewnych rzeczy doświadczyć, sprawdzić je na własnej skórze. Nie musi ich jeszcze wtedy rozumieć. Kieruje się nie tylko rozumem lecz także intuicją, wiedzą o ludziach. Niekoniecznie musi być doskonale wykształcony. Często nie jest. Winien jednak być oczytany. Wiedza nabyta z książek to mądrość życiowa i to jest truizm. Dla każdego pisarza co innego jest tym napędem. Skoro pyta pani o mnie, jest nim fałsz, manipulacja, ta dwoistość ludzkiej natury, która jest czymś bardzo naturalnym (dobro i zło, kobieta i mężczyzna, jing i jang, światło i cień). To dążenie świata do równowagi mnie napędza. Nigdy nie ma sytuacji idealnej, cały czas odbywa się walka dwóch różnych żywiołów, wszak tylko jeden raz w ciągu doby mamy południe, kiedy słońce jest wysoko na niebie, zaś cienia praktycznie nie ma. I jak mawiają Chińczycy: noc zaczyna się w południe. Bo stuprocentowa jasność to tylko chwila, zaraz znów balans zostaje zmieniony, a szala przeważa w jedną lub drugą stronę. Moim napędem jest właśnie próba zrozumienia tej odwiecznej huśtawki. Moim osobistym katalizatorem są zdarzenia, które miały miejsce lub będą mieć miejsce. Zawsze, kiedy zdarzało mi się coś bardzo, bardzo strasznego z drugiej strony na szali leżało wielkie szczęście. Tak jest i już się z tym pogodziłam. Ale może właśnie dlatego staram się opisywać świat w ten sposób, jako dążenie do równowagi i ciągłe jej destruowanie oraz porządkowanie.
A.P.: Była Pani sądową dokumentalistką, pisze thrillery psychologiczne, rozmawiała Pani z prawdziwymi morderczyniami. Całe Pani zawodowe życie krąży wokół tematów dobra i zła, zbrodni, śmierci. Musi Panią to w jakiś sposób pociągać. Czy prywatnie jest Pani np. fanką horrorów i lubi czytać powieści sensacyjne, czy wręcz przeciwnie?
K.B.: Może Panią zawiodę, ale zanim nie zaczęłam pisać kryminałów nie byłam ich fanką. Lubię grube powieści (Eugenides, Cabre, Marquez, Green). Dopiero kiedy do Polski masowo weszli Skandynawowie, powieść kryminalna jako gatunek zaczęła mnie nęcić jako czytelnika. Zawsze było we mnie więcej światła niż mroku. Inaczej nie miałabym sił, by zajmować się taką tematyką, a tym bardziej brnąć w to poznawczo, dedukcyjnie i transponować je wreszcie przez siebie samą, bo przecież każda książka wymaga od autora zagłębienia się w materii, nad którą pracuje. Tematyka zbrodni (a raczej może tajemnic skrywanych przez ludzi, bo to mnie głównie interesuje, i to właśnie one są zwykle katalizatorem wszelkich przestępstw) bez światła przytłoczyłaby mnie samą jako człowieka na tyle, bym fizycznie nie mogła grzebać w przestrzeni ludzkich cieni, ani po prostu normalnie żyć. Mówiąc wprost nie udźwignęłabym materii, przerosłoby mnie to. A piszę swoje, nie mam żadnych koszmarów, syndromu ofiary, czy agresywnych fantazji. Cień jednak we mnie istnieje i nie tylko ze względu na zdarzenia życiowe jakie miały miejsce w moim życiu lecz – może przede wszystkim - predyspozycje do postrzegania w ten sposób świata. Czasem sobie tak też myślę o chińskim przekleństwie: „oby wszystkie twoje marzenia się spełniały” i być może człowiek dążąc do swoich celów musi pokonać rodzaj drogi, która go ociosa, ukształtuje, pozwoli mu dokładnie zrozumieć, oswoić wiele spraw, zanim wdrapie się na szczyt upragnionej góry. Może to wszystko, co mnie spotkało, paradoksalnie zbliżyło mnie do zrozumienia uprawianego przeze mnie poletka. Niewątpliwie to, co przeżyłam, cały mój życiowy background, ustanowił dzisiejszą mnie, z pewnością także wzmocnił (choć najpierw roztrzaskał), bym mogła zrozumieć czym jest przestępstwo, z czego się bierze i jacy ludzie mają predyspozycje do tego, by popełnić zbrodnię, a którzy mają w sobie na tyle siły, by w momencie krytycznym się zatrzymać. Osobiście bowiem uważam, że każdy pisarz ma na koncie jakiś rodzaj przeżycia (mniej lub bardziej traumatycznego, krytycznego, elementarnie niepunktualnego etc. - gradacja jest sprawą bardzo osobistą), które go popycha do ekspresji jaką jest pisanie. Kwestią wrażliwości jest, by to zdarzenie warunkowało potrzebę budowania opowieści. Jeśli chodzi o mnie oraz zrozumienie tej tematyki i zainteresowanie nią – zawsze fascynował mnie bardziej cień niż światło. Kiedyś jednak przerażenie i niezgoda były silniejsze niż dzisiejsza ciekawość poznawania mechanizmów zbrodni. Bo kiedy ten proces (a patrząc na to szerzej, z góry, jakby z lotu ptaka, to nic innego jak rodzaj algorytmu, często bardzo prostego) rozłożyć na czynniki pierwsze (nie interesuje mnie wyłącznie sam akt przestępstwa lecz jego geneza z punktu widzenia kolejnych bohaterów dramatu oraz – najbardziej – co dzieje się „po”) okazuje się, że do tego po prostu musiało dojść. Nie mówię, że zawsze to fatum (wręcz przeciwnie nie wierzę w los zapisany gdzieś tam na górze, w gwiazdach itd.) lecz jednak wcześniejszy przebieg życiowych zdarzeń ładnie komponuje ową kulminację, jaką jest zbrodnia. Z takim podejściem – jak sama pani widzi – musiałam zająć się pisaniem książek kryminalnych – czy to dokumentalnych, czy fabularnych.
Rozmawiała Anna Pytel
(anna.pytel@dlalejdis.pl)
Fot. Zuzanna Pol
Komentarze