W trzynastym odcinku Kuchennych Rewolucji trafiliśmy w pobliże jednego z największych skansenów w Europie, znajdującego się wśród pięknych i chłodnych mazurskich jezior, w miasteczku o zdrobniałej nazwie Olsztynek. Tam bowiem pięć lat temu pachnąco brzmiącą restaurację „Zielarnia” otworzyli dziś 32-letnia Ola i jej mąż. Przez cztery lata interes kręcić sił rewelacyjnie, jedynym zgrzytem był nieumiejętny szef kuchni, ale problemu szybko się pozbyto. Ola zakasała rękawy, sama stanęła na kuchni, przy okazji robiąc zakupy i zarządzając resztą ekipy. Proporcjonalnie do zaangażowania i zacieśniania więzi pracowniczych, rozluźniał się jednak jej związek. W kocu rozluźnił się do tego stopnia, że mąż – z całym utargiem z letniego sezonu i jedną z kelnerek – uciekł w siną dal, zostawiając żonę bez pieniędzy na pokrycie czynszu (za cztery miesiące) i restauracją. Ola, jako kobieta silna i twarda, zagryzła zęby, roniąc co jakiś czas łzę, i obiecała sobie, że wszystko naprawi. To znaczy naprawi sytuację biznesową, bo na męża przestała już liczyć. Dzwoniąc po Magdę Gessler chciała udowodnić, niestety również byłemu partnerowi, że jest wytrwała i sobie poradzi.
Ale Ola nie była całkiem sama. Za gwiazdę jej restauracji można by uznać uszczypliwego i bezpośredniego kucharza Marcina, który odpowiedniego wykształcenia nie ma, gotować uczył się w domu, ale lekcję jak najbardziej odrobił. Chcąc wypełniać swoje obowiązki, czyli gotować, wciąż musiał ścierać się z ambicjami Oli i jej potrzebą udowadniania, że potrafi przygotowywać potrawy równie dobrze. Dlatego też to spod jej ręki w dniu przyjazdu Magdy Gessler wyszły dania. Dania, które ani trochę nie zachwyciły gościa, posłużyły za to za podstawę do wyrobienia opinii o Oli jako o osobie bez smaku. Sam Marcin zresztą narzekał, że właścicielka niczego nie doprawia, licząc na to, że każdy będzie sobie radził sam. Zarzekał się, że on postępowałby inaczej.
Przez cały odcinek nie mogłam zrozumieć, dlaczego Ola pozwala, żeby kucharz ciągle się z niej naśmiewał, dogryzał jej, dręczył ją i obrażał (przykład: „[zupa] smakuje jak gówno”, czyli komentarz Marcina na fakt ugotowania przez Olę ziołowej zupy). Dopiero pod koniec zrozumiałam, że on taki po prostu jest, a właścicielkę lubi, tylko – jak sam to określił – lubi się z nią droczyć. Odkryłam to, kiedy zauważyłam, jak zwraca się do innych, nawet Magdy Gessler, a także do kamery. Specyficzna osoba, na dodatek z wyrokiem w zawieszeniu a posiadanie narkotyków (żeby było śmieszniej: ziół), ale chyba sympatyczna. Na pewno utalentowana, jak orzekła Magda Gessler, po spróbowaniu jego idealnego schabowego i równie idealnych ziemniaków. Jeśli zatem ktoś miał szansę uratować „Zielarnię”, to tylko Marcin.
Rewolucja przebiegła sprawnie. Nie trzeba było nikogo zwalniać ani uleczać rodzinnych ran. Prowadząca kazała określić się Marcinowi, czy zostanie z Olą, by jej pomóc (w co sama Ola wątpiła, jako że widziała w kucharzu „wolnego ducha”). Następnie doprawiono menu, postawiono na zieleń w sali jadalnej i... tyle. Tyle wystarczyło, żeby wszyscy: i goście, i Gessler już po powrocie, byli zadowoleni. Pechowość trzynastki zdecydowanie się tu nie sprawdziła.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze