Bycie matką czasem daje w kość. Przekonały się o tym bohaterki komediowej produkcji, którą w sierpniu można było zobaczyć w kinach. Film będzie jednak idealną alternatywą na długi jesienno-zimowy wieczór, jeśli chcemy spędzić go w przyjemnej atmosferze, a przy okazji wyciągnąć również jakąś naukę. Ta komedia daje bowiem wiele wskazówek, które znajdą odzwierciedlenie w realnym życiu.
Amy jest zapracowaną matką, która nie spełnia oczekiwań męża obiboka i dzieci, choć dla innych jest wzorem idealnej pani domu. Musi nią być, bo na amerykańskich przedmieściach króluje perfekcyjność, a jeśli ktoś się z niej wyłamuje, to automatycznie jest spychany na margines społeczny. Kobieta jednak coraz więcej bierze na swoje barki, a nagle jednego dnia jej życie wali się w posadach – mąż odchodzi, szef ją zwalnia, a dzieci nie okazują żadnego współczucia. Dopiero spotkanie z wyluzowaną Carlą i potulną Kiki sprawia, że Amy zaczyna inaczej postrzegać siebie oraz otoczenie. Trzy przepracowane matki postanawiają zerwać z konwenansami i rzucić się w wir imprez, alkoholu i luzu.
Spodziewałam się, że znów dostanę typową amerykańską komedię, która bardziej wprawi mnie w zażenowane, niż rozbawi. Całe szczęście, że „Złe mamuśki” wyłamują się z przyjętego przez twórców takich filmów stereotypu i dostarczają naprawdę porządną dawkę humoru, a także niosą ze sobą pewną naukę. Mimo iż gra aktorska jest w pewnych momentach przerysowana i wręcz sprawia wrażenie sztucznej, to uważam, że twórcy specjalnie posłużyli się takim zabiegiem. Dzięki temu bardzo łatwo możemy dostrzec przesłanie – nie ma idealnych matek, są jedynie te dobre.
Mila Kunis dobrze odegrała swoją rolę, ale dopiero gdy miała przy sobie dwie pozostałe aktorki, to film oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Bardzo podobała mi się odmienność przyjaciółek. Amy można było nazwać prawdziwą perfekcjonistką. Kiki natomiast była roztrzepana, zaniedbana i skupiona jedynie na mężu i dzieciach. Najbardziej barwną postacią była jednak twarda, często wulgarna Carla. To jej sposób bycia zazwyczaj wywoływał uśmiech na twarzy. Niestety nie zawsze zachowania bohaterek mi odpowiadały. Czasem rzeczywiście wprawiały mnie w lekkie zażenowanie, a całość sprawiała wrażenie sztampowego kina. Samo otoczenie bohaterek było wyraźnie wykreowane i nie ma co się w nim dopatrywać naturalności.
Niemniej film spełnia warunki gatunku, a całokształt ogląda się naprawdę dobrze. Mimo iż w usta głównej bohaterki zostały włożone górnolotne słowa, została wykreowana na swego rodzaju superbohatera podziwianego przez inne matki jedynie schowane za maską perfekcjonizmu. Niektóre wątki w ogóle się nie wpasowały w całokształt – głównie miłosne perypetie bohaterki, która wciąż jest z niewiernym mężem, ale chce mieć kogoś na ławce rezerwowych, gdyby terapia małżeńska nie przyniosła oczekiwanego skutku. Nawet pomimo schematyczności oraz pewnych reżyserskich niedociągnięć, film wypada dobrze na tle innych amerykańskich komedii. Ponadto pokazuje, jak trudna jest rola matki w dzisiejszym świecie, gdzie kobieta musi być wielofunkcyjną maszyną, wypełniając swoje przeznaczenie narzucone przez społeczeństwo.
Katarzyna Łochowska
(katarzyna.lochowska@dlalejdis.pl)
Komentarze