„Dieta (nie)życia” – recenzja

Recenzja książki „Dieta (nie)życia”.
Przyzwyczajeni do tego, że jedzenie sprawia nam radość, nie zdajemy sobie sprawy, że w tym samym czasie ludzie walczą, by zjeść tylko tyle, ile pozwoli im przeżyć. A czasem nawet mniej...

Od czasu pierwszej publikacji „Diety (nie)życia” minęło siedem lat. Siedem długich lat, w czasie których świat miał okazję zapoznać się z zaburzeniami odżywania, zaakceptować ich obecność, a następnie rozwiązać problem. Niestety, proces ten okazał się zbyt trudny, zbyt nierealny. W czasach, gdy zewsząd patrzą na nas przerobieni w edytorach graficznych piękni i zgrabni ludzie, a z mediów wciąż płyną informacje, że mamy stawać się coraz lepsi i wydajniejsi, bo inaczej nie nadążymy za zmianami cywilizacyjnymi, opisana w książce-pamiętniku choroba nie miała szans na uleczenie. Wręcz przeciwnie, rozpleniła się bardziej, o czym świadczą otrzymywane przez lata przez Karolinę Otwinowską – autorkę – maile. To dzięki nim i dzięki zawartym w nich zapewnieniom, że szczere zwierzenia przedstawione na ponad dwustu stronach pomogły wielu osobom, w tym najczęściej młodym dziewczynom, książka ukazała się na rynku raz jeszcze.

„Dieta (nie)życia” nie jest zwykłą książką. To poruszająca lektura, który zmrozi krew w żyłach wszystkim rodzicom oraz sprowokuje do płaczu co wrażliwsze osoby, bez względu na wiek. Podczas gdy my, zgodnie z modą, czasem wariujemy na punkcie zdrowego odżywiania lub przechodzimy na niewinną dietę, bohaterka pamiętnika, a także miliony innych osób na świecie, głodzą się na śmierć, nie potrafiąc postępować inaczej. Czują, że jest w nich kilka osób – „ja” sprzed choroby, „ja” z wczesnego stadium oraz „ja” z czasów anoreksji w pełni rozwiniętej – których nie da się połączyć, ale też nie da się żadnej wyrzucić poza ciało, poza umysł. Chcą być zdrowe, choć jednocześnie drżą na myśl o pożegnaniu choroby.

Książkę pochłonęłam jednym tchem i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Docierając do podsumowania, w którym Otwinowska wyjaśniła, dlaczego zdecydowała się na ponowne wydanie „Diety (nie)życia”, nie byłam przekonana co do tej decyzji. Skoro przez lata otrzymywała maile z podziękowaniami za uratowanie życia, nie mam powodu sądzić, że było inaczej, a wszystkie piszące osoby kłamały. Mnie jednak pamiętnik chorej nastolatki nie nastroił pozytywnie. Nie wyniosłam z niego nauki, że chorobę można pokonać, choć dziś Otwinowska jest już zdrowa. Jej opowieść zaczyna się i kończy tragicznie, jest bardzo ponura i smutna. Niejednokrotnie miałam ochotę przytulić tę biedną i zagubioną dziewczynę, która niczego nie potrzebowała bardziej niż miłości, zrozumienia i akceptacji.

Nie żałuję, że poświęciłam czas na przeczytanie tej książki, choć nie wiem, czy poleciłabym ją chorym na anoreksję i bulimię dziewczynom. Chyba za bardzo bym się bała, że widząc siedem lat zmagań kończących się ciągłymi powrotami do szpitala, zrezygnują z walki o siebie, skoro leczenie jest tak trudne i niepewne. Zamiast tego poleciłabym ją wszystkim rodzicom – zarówno chłopców, jak i dziewczynek – a także z przyjemnością włączyła do kanonu lektur obowiązkowych w podstawówce lub gimnazjum. Chociaż fragmenty. Jeśli ciepłym i rozsądnym słowem tak trudno przemówić do młodzieży, być może właśnie ten obraz – żywy, prawdziwy, pełen skrajnych emocji – podziałałby otrzeźwiająco.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Karolina Otwinowska, Agnieszka Mazur, Dieta (nie)życia, Warszawa, Nasza Księgarnia, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat