Gra planszowa „Simsala Spin” – recenzja
Tematyka osadzona jest w magicznym świecie czarów i eliksirów, a gracze wcielają się w uczniów czarodziejów, którzy muszą współpracować, aby przygotować wszystkie mikstury, zanim kociołek zrobi „puffffff!” i obrazi się na wszystkich. Choć gra z pozoru wygląda jak typowe memo, to mechanicznie ma w sobie więcej sprytu, niż sugeruje pierwsze „aha, pamięciówka dla dzieci”.
W pudełku znajdziemy:
- trójwymiarowy kociołek – centrum całego zamieszania, który wygląda, jakby zaraz miał zacząć parować;
- 12 kart przepisów eliksirów – czyli „co trzeba zrobić, żeby nie wybuchło”;
- 12 dużych żetonów składników – rozkładanych wokół kociołka i natychmiastowo testujących pamięć graczy;
- 5 żetonów-butelek „wybuchów” – bo każda dobra gra dla dzieci musi mieć dramatyczny element porażki;
- znacznik pierwszego gracza w formie kryształu czarownicy, który wygląda jak trofeum za bycie najmniej rozkojarzonym;
- instrukcję – prostą, czytelną, która na szczęście nie została napisana zaklęciami.
Rozgrywka zaczyna się niewinnie: wszyscy wspólnie patrzą na rozłożone składniki i udają, że „na pewno zapamiętają”. Po chwili wszystko zostaje odwrócone i zaczyna się magia… czyli paniczne przypominanie sobie, gdzie był ten nieszczęsny grzybek. Każdy błąd to kolejna butelka zbliżająca się do eksplozji, a gdy wszystkie „wybuchną”, drużyna dostaje subtelny komunikat: spróbujcie jeszcze raz czarodzieje amatorzy.
Ciekawym twistem są karty przepisów – po udanym eliksirze można dostać bonus albo totalnie namieszać na stole, co świetnie tłumaczy tytułowy „spin”. W praktyce oznacza to: „myślałeś, że już ogarniasz? A tu chaos”.
Gra przeznaczona jest dla 2-6 osób w wieku 5+, a pojedyncza partia trwa około 15 minut. Idealna długość to mniej więcej tyle, ile trwa przekonanie dziecka, że „jeszcze jedna gra i kończymy”.
Graficznie „Simsala Spin” to kolorowy teatr czarodziejskiego chaosu. Ilustracje Michaela Menzla są przyjemnie bajkowe, pełne detali i takich drobiazgów, które dorosły zauważy dopiero po trzeciej partii, gdy już przestanie udawać, że „to przecież tylko gra dla dzieci”. Kociołek na środku stołu robi robotę, bo przyciąga wzrok i trochę przypomina, że coś tu może zaraz eksplodować.
Mechanicznie gra jest bardzo prosta, ale nie prostacka. To wciąż pamięciówka, ale podana w atrakcyjnej, kooperacyjnej formie. Dodatkowe efekty kart sprawiają, że nie jest to suche „memo”, tylko mała przygoda w laboratorium. Poziom trudności można lekko regulować, więc gra rośnie razem z dziećmi (albo spada razem z pamięcią dorosłych po ciężkim dniu).
Podsumowując, „Simsala Spin” to sympatyczna, kolorowa i bardzo rodzinna gra, która nie udaje czegoś, czym nie jest – i dobrze. To lekka kooperacja, dużo śmiechu i trochę nerwowego „gdzie był ten eliksir?!”. Jeśli szukasz gry, która łączy dzieci i dorosłych bez dramy przy stole, to jest to bardzo bezpieczny zakład.
Joanna Sieg-Ulanowicz
Gra planszowa „Simsala Spin”, Wydawnictwo EGMONT, 2026.
Ostatnio dodane
- Złote zasady przewijania w nocy. Jak zorganizować kącik, by nie wybudzać malucha (i siebie)?
- Gdzie są wolne miejsca w żłobkach? Eksperci od żłobków przygotowali interaktywną mapę Polski
- Jak wybrać szkołę specjalną dla dziecka z autyzmem?
- Podwyżka czesnego o złotówkę może kosztować rodzica 1500 zł! Dlaczego państwo ustaliło dwa różne limity opłat za żłobki?
- Pierwszy smoczek adaptacyjny Canpol babies
- Mały kucharz, wielkie odkrycia
- 850 tysięcy złotych na 12 miejsc w żłobku. A ile dostałby prywatny przedsiębiorca?
- Jak działa wkładka antypotowa do fotelika i kiedy warto ją kupić
- 17-miesięcznej dziewczynce przykleili buty do stóp. Szokujące zdjęcie znów krąży po sieci, ale historia ma już 8 lat
- 800 plus zależne od liczby dzieci? Nawet 7358 zł miesięcznie dla rodziny! Nowy pomysł trafił do Sejmu

Komentarze