Jednym z kluczowych założeń programu jest utrzymanie czesnego na poziomie nieprzekraczającym 1500 zł dla rodziców. I tu zaczynają się schody. Wymagania rosną – ministerstwo oczekuje podnoszenia jakości opieki, inwestycji w rozwój dzieci, nowoczesne wyposażenie, a także zapewnienia odpowiednich warunków pracy dla kadry. To wszystko generuje koszty, których nie da się „zamknąć” w tej kwocie.
Wystarczy prosta kalkulacja. Wynagrodzenia opiekunów, koszty najmu lub kredytu, media, wyżywienie, środki higieniczne, szkolenia, wyposażenie, ubezpieczenia… Lista jest długa. Już dziś wiele prywatnych żłobków balansuje na granicy opłacalności przy czesnym na poziomie około 2200 zł miesięcznie. Obniżenie tej kwoty do 1500 zł bez dodatkowego wsparcia oznacza w praktyce jedno – konieczność dokładania do działalności albo obniżanie standardów.
A przecież nikt nie chce gorszej jakości opieki nad dziećmi.
Warto przy tym spojrzeć na sytuację żłobków publicznych. Tam koszt jednego miejsca często przekracza 3000 zł miesięcznie. Różnica polega na tym, że rodzic faktycznie płaci około 1500 zł, a reszta pokrywana jest z budżetu państwa lub samorządu. Prywatne placówki takiego wsparcia nie mają. Ich funkcjonowanie opiera się niemal wyłącznie na czesnym.
Efekt? Dwa różne światy funkcjonujące obok siebie – jeden wspierany systemowo, drugi pozostawiony sam sobie, ale objęty podobnymi wymaganiami.
Jeśli celem jest realne podnoszenie jakości opieki nad najmłodszymi, konieczne jest wyrównanie zasad gry. Inaczej kolejne programy – choć dobrze brzmiące w komunikatach – mogą w praktyce prowadzić do ograniczenia dostępności prywatnych żłobków, zamiast ich rozwoju.
Bo dobrej jakości opieka kosztuje. I nie da się tego przeliczyć wyłącznie na jedną, odgórnie narzuconą kwotę.
PMP
Fot. Wygenerowano AI
Komentarze