Jedną z osób, które zabierają głos w tej dyskusji, jest Uta Frith – pionierka badań nad autyzmem i współtwórczyni pojęcia „spektrum autyzmu”. Dziś zauważa ona, że termin ten stał się tak szeroki, iż zaczyna tracić swoją użyteczność. Pod jedną diagnozą mieszczą się osoby o bardzo różnych trudnościach – od poważnych zaburzeń rozwojowych po łagodniejsze problemy społeczne czy emocjonalne.
Rozszerzenie kryteriów diagnostycznych sprawiło, że więcej osób może otrzymać diagnozę. To z jednej strony dobra wiadomość – większa świadomość oznacza większą szansę na wsparcie. Z drugiej jednak pojawia się ryzyko uproszczeń. Jedna etykieta zaczyna obejmować bardzo różne doświadczenia, a system edukacji i terapii nie zawsze nadąża za ich zróżnicowaniem.
W praktyce oznacza to, że dzieci z zupełnie innymi potrzebami trafiają do tej samej kategorii diagnostycznej. Tymczasem skuteczna pomoc wymaga indywidualnego podejścia – nie tylko nazwania trudności, ale przede wszystkim ich zrozumienia. Coraz częściej mówi się więc o konieczności odejścia od myślenia „diagnozą” na rzecz patrzenia na konkretne potrzeby dziecka.
Warto podkreślić: krytyka szerokości spektrum nie oznacza podważania istnienia autyzmu. To raczej próba uporządkowania wiedzy i lepszego dopasowania wsparcia. Bo choć diagnoza może być początkiem drogi, to właśnie trafna pomoc decyduje o tym, czy dziecko i jego rodzina rzeczywiście ją odczują.
PMP
Fot. Wygenerowano AI
Komentarze