Obżarstwo - choroba duszy

Choroba duszy - obżarstwo.
Smutno ci? Sięgasz po batonika. Przygnębiona? Biegniesz do sklepu po torbę wafelków. Zestresowana?

Przetrząsasz szafki w poszukiwaniu czegokolwiek mimo, że sama dobrze nie wiesz, na co miałabyś w danej chwili ochotę.

Normalność na ucztach dionizyjskich. Pod postacią "nieumiarkowania w jedzeniu i piciu" - jeden z siedmiu grzechów głównych. Swe źródła ma w naturalnej, podstawowej potrzebie życiowej każdego z nas. A jednak? jego skutki potrafią być obliczalne skalą BMI. Nieobliczalne z kolei, jeśli chodzi o stan ducha i umysłu.

Bo ja lubię jeść
Człowiek pierwotny wyruszał na polowania po to, aby zdobyć pożywienie, a zdobywał je po to, aby przetrwać. Przyjemność czerpana z samego faktu polowania i związanych z tym przygód, była niewątpliwie sprawą drugorzędną. Celem nadrzędnym z kolei: zaspokojenie głodu. Czasy współczesne dostarczają nam obrazu nieco odwrócony, w którym to przyjemność jedzenia bierze górę nad potrzebą jedzenia. Kiedyś jadło się z powodu doskwierającego uczucia głodu, dziś - dla przyjemności.

Muszę to mieć!
Przyjemność z kolei ma to do siebie, że pełni funkcję regulatora naszych emocji. Nie od dziś bowiem wiadomo, że "apetyt rośnie w miarę jedzenia", a jeśli dodatkowo mamy wpływ na regulację naszego samopoczucia, dlaczego by zatem tego nie robić. Smutno ci? Sięgasz po batonika. Przygnębiona? Biegniesz do sklepu po torbę wafelków. Zestresowana? Przetrząsasz szafki w poszukiwaniu czegokolwiek mimo, że sama dobrze nie wiesz, na co miałabyś w danej chwili ochotę. Znudzona? Zrozpaczona? Zawiedziona? Zadowolona? Każda okazja jest dobra do tego, aby odpowiednio wyciągnąć rękę. Główny cel tego typu działań, mających na celu regulowanie swoich emocji jest jeden: "muszę to mieć." Uzasadnień tego jest wiele: "bo nie mogę mieć czegoś innego", "bo zrekompensować sobie muszę brak tego, czy tamtego", "bo z czegoś przyjemność w końcu trzeba czerpać", "bo mogę sobie na to pozwolić", "bo tak lubię", "bo tak chcę", "bo jutro może mi tego zabraknąć", "bo wszyscy tak robią", itd.

Utrata kontroli
Naczelną cechą kontroli jest to, że bardzo łatwo ją utracić. Zwłaszcza, jeśli w naszym umyśle biorą górę wypaczone instynkty samozachowawcze. Jedzenie jest nam potrzebne po to, aby przetrwać. Jednak w umysłach nałogowych obżartuchów miejsce potrzeby zajmuje obsesja. Wiedzą, że nie powinni jeść, wiedzą, że powinni schudnąć i tym samym ich myśli stale oscylują wokół jedzenia. Podobnie dzieje się w przypadku uzależnienia od alkoholu - uzależnieni, na jego widok nie mogą sobie odmówić sięgnięcia po szklaneczkę. Po jednej przychodzi kolej na drugą, trzecią, dziesiątą? Działania nałogowego obżartucha skupiają się na nieumiejętności odmówienia sobie pojawiającego się na horyzoncie smakołyka, poczuciu bezsilności względem apetycznego kąska, a także poważnym problemie, wynikającym z nieumiejętności pohamowania się co do ilości spożywanego dobra. W konsekwencji osoba uzależniona upada w swoich oczach jeszcze bardziej. Sama sobie jawi się jako niezdyscyplinowana, niekonsekwentna, słaba. I mimo, że niejednokrotnie racjonalizuje swój problem, jej poczucie własnej wartości mocno na tym cierpi. I w sumie nic dziwnego. Racjonalnie rzecz biorąc, nikt nie czułby się dobrze, mając nad sobą władzę potężnego hamburgera, obezwładniającą siłę big-paczki chipsów bekonowych czy paraliżującą potęgę złowrogiego pączka z lukrem? Spotkanie z tego typu przeciwnikiem może być niebezpieczne. Walka o przetrwanie - albo ja albo on.

Im większy brak, tym większa potrzeba
Proces łaknienia bierze się z niedosytu, z braku. Zarówno wygłodniałe zwierzę, jak i człowiek z chwilą, kiedy dostrzeże obiekt swojego łaknienia, dosłownie rzuca się na niego, a proces pochłaniania zdaje się nie mieć końca. Co więcej, siła łaknienia potrafi być tak wielka, że bez większych trudów zdolna jest złamać wszelkie morale, którymi kieruje się człowiek. Sytuacja zagrożenia skłonna jest doprowadzić człowieka do zjedzenia dosłownie wszystkiego, nawet odchodów czy drugiego człowieka. Taka walka o przetrwanie, choć zdecydowanie na mniejszą skalę niż kanibalizm, ma miejsce w umyśle nałogowego obżartucha. Z każdej strony jego mózg atakują smaki, zapachy, kształty tego wszystkiego, co "musi mieć." I będzie się męczył dopóty, dopóki nie zaspokoi swoich żądzy. Często jednak, w ramach walki z jedną chorobliwą przypadłością, sięgamy po jej substytut. Jakiś tymczasowy balsam łagodzący, który nie eliminuje, ale maskuje wyłącznie (i to na chwilę) problem naczelny - obżarstwo. Dlatego na nic się zda uciekanie przed jedzeniem, od którego de facto uciec nie jesteśmy w stanie. Chore są tu nasze emocje, nasz uzależniony czy współuzależniony mózg. Ciało i jego wygląd jest jedynie niejako odzwierciedleniem tego, co w siedzi w naszych głowach - tego, z czym nie umiemy sobie sami poradzić.

Czekolada na strapienie
Nałogowe obżarstwo leczy się właściwie tą samą drogą co alkoholizm. Nie należy zapominać, że jest to choroba duszy, często bardzo wrażliwej. Na nic się więc zda wieczne uskutecznianie najróżniejszych diet, katorżniczych wysiłków własnej woli, czy faszerowanie się różnej maści odchudzającymi specyfikami, kiedy dusza choruje, cierpi i płacze. Nie jest to proste - wiadomo. Tym bardziej, jeśli do świadomości nałogowego żarłoka nie dociera fakt, że źródło jego cielesnych problemów wynika z tego, co na samym dnie jego psychiki czy serca. I że tym czymś na pewno nie są trzy tabliczki czekolady, czy kilogram kruchych francuskich ciasteczek przekładanych kremową masą?

Iga Zakrzewska
(redakcja@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat